sobota, 1 listopada 2014

Nominacja!

Cześć wam wszystkim!
Tak, to nie jest rozdział, ale coś co mnie zaskoczyło, a nawet wręcz podekscytowało!
Otóż, mój blog został nominowany na blog miesiąca! NIESAMOWITE.
Jeśli wam się podoba moje opowiadanie, to bardzo proszę o głos na Dangerous Love :)
SONDA

Byłabym wam bardzo za to wdzięczna, bo tylko wy możecie zadecydować o wygranej xx.


sobota, 25 października 2014

Rozdział 17 'Nigdy więcej tego nie rób'

Cały tydzień minął nijak. Moje poobijane ciało powoli dochodziło do swojego normalnego wyglądu i ja sama czułam, że jest ze mną dobrze. Powiedziałam Percii co się stało. Nie całkiem, ale to zrobiłam. Moje udo dalej pobolewało, ale nie tak jak cztery dni wcześniej. Najbardziej zadziwiło mnie zachowanie Lou. Tak jak obiecał,  przebywał ze mną każdą wolną chwilę. Pomagał mi i postawił mnie na duchu. Cały czas był ze mną tylko dlatego, że go o to poprosiłam. Miłe z jego strony. Nie przypuszczałabym, że się tak zachowa.
Spojrzałam na Louisa, który dotykał swoimi rękami kierownicę. Jak na jego sposób bycia to dziwny jest fakt, że nie ma żadnych tatuaży. Nawet krzyżyka. Znaczy, tak mi się wydaje. Nigdy nie widziałam ani nie dostrzegłam tuszu na jego ciele. Dzisiaj na pewno nie zobaczę. Miał na sobie czarny t-shirt bez żadnych nadruków czy napisów, a na to miał założoną węglaną kurtkę. Chyba lubi kolor czarny. Na dworze było zimno, a chłód wydobywający się z ćwierć otwartego okna drażnił mój policzek jak szpiczaste, cienkie szpilki. Moje oczy skierowane na stare budynki mieszkalne zmrużyły się pod wpływem wiatru, który roztrzepywał moje włosy we wszystkie strony. Przytuliłam się bardziej do brązowej kurtki z różnymi poprzyszywanymi znaczkami jak na plecaku metalowca. Niebo koloru szarego wyglądało jak rozlane mleko, a gałęzie drzew na jego tle przyprawiały mnie o dreszcze, bo przypominały mi horrory, których nie znoszę.
Spojrzałam jeszcze raz w stronę chłopaka chociaż od razu tego pożałowałam. W przednim oknie zobaczyłam szkołę, która wyrastała zza trochę już zielonkawych krzewów. Zacisnęłam zębami język i nerwowo poprawiłam się na siedzeniu. Gdy język zaczął mnie szczypać zamieniłam go na jedną z warg posmarowanych kremową jak moja pościel szminką.
Brunet zaparkował koło jej wejścia, a ja błagalnie patrzyłam w jej stronę jakby to miało spowodować, że zniknie.
- Wszystko będzie dobrze- odezwał się Louis odwracając się w przodem do mnie i odpinając mój pas. Nawet tego nie potrafiłam zrobić, bo moja ręka nie mogła ustać w miejscu.
- Nie chcę go widzieć- szepnęłam bliska płaczu
John jest ostatnią osobą na świecie, którą chcę dzisiaj spotykać. Unikałam wzroku Lou, jednak gdy złapał dłońmi moje ręce zacisnęłam powieki i powoli skierowałam oczy w jego świecące niebieskością jak diament, tęczówki.
- Myśl pozytywnie. Uwierz mi, to działa.- Otarł swoją ręką mój zarumieniony policzek.
- Jesteś tego pewny?- spytałam niedowierzającym tonem
- Na sto procent, kochanie.
 No to myślimy pozytywnie. Minie parę godzin i będę wolna od stresu. Wzięłam głęboki oddech zaciskając bardziej usta i mrugnęłam dwa razy, żeby uspokoić myśli.
- Przyjdę po ciebie, okej?- Podniósł mój podbródek do góry bym znowu spojrzała w jego oczy.
Chciał upewnić mnie, że nic mi się nie stanie i mogę czuć się bezpieczna, bo nie będe musiała sama wracać. Miłe.
- Okej- powiedziałam równocześnie wypuszczając po raz kolejny powietrze z płuc.
Uśmiechnął się blado i dotknął swoimi wargami moje czoło. Zamknęłam oczy czując ciarki rozpływające się po moim ciele. Otworzyłam drzwi i niezgrabnie zeskoczyłam z wygodnego siedzenia. Zacisnęłam dłoń w pięść patrząc wprost na miejsce gdzie spędzę siedem godzin. Odczuwałam jakbym miała kamień w gardle, jednak okazało się, że to tylko ślina. Połknęłam ją i szybkim krokiem, unikając wzroku innych weszłam do budynku.
Podeszłam do swojej szafki i chciałam wyciągnąć z niej brudnopis. Chciałam zrobić to szybko przeszukując i rozwalając wszystko co miałam w schowku. Zdenerwowałam się ponieważ nie mogłam tego znaleźć. Zaklęłam po nosem i gorączkowo zaczęłam go szukać. Moje serce waliło jak oszalałe. Chciałam stamtąd odejść jak najszybciej, ale brak zeszytu mi to uniemożliwiał.
Cholera,cholera,cholera.
Poczułam jak ktoś łapie mnie za ramię. Jak poparzona odskoczyłam i odwróciłam się.
- Wszystko okej?- spytał mnie głos blondynki z długim warkoczem na głowie.
- Pers. Przestraszyłaś mnie.- Spojrzałam się na dłonie, w których trzymałam książki. Zobaczyłam różowe coś i od razu skapnęłam się, że to brudnopis. Był na samym początku szafki, idiotko.
- Właśnie widzę. Jesteś jakaś poddenerwowana.
- Wcale, że nie- zapewniałam dziewczynę- Jesteś w warkoczu?
- Zrobiłam go, bo nie chciałam używać lokówki. Na bioli go ściągnę, bo wyglądam jak Andrews.- Miała na myśli dziewczynę z pierwszej klasy.
Zabrzmiał dzwonek, a ja czym prędzej ruszyłam w stronę sali.
- Zaczekaj! Przecież nie zamknął nam drzwi przed nosem.
- Przepraszam- rzekłam gdy prawie zatrzasnęłam drzwi przed nią.
Zabijała mnie wzrokiem i podążyła za mną. W normalnych okolicznościach pewnie bym się śmiała, ale teraz nie miałam jakoś na to ochoty.
Usiadłam na krześle i zasłoniłam włosami twarzy by nie patrzeć w stronę Johna. Że też chodzimy do jednej klasy.
                                                          ***
Poczułam jak ktoś stoi koło mnie, gdy siedziałam spokojnie przy stołówkowym miejscu gdzie się powinno jeść czytając jakąś broszurę o górach w Europie. Była do wzięcia przy wejściu, więc ją wzięłam. Obok mnie leżała butelka przezroczystej wody. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Olivię. Z nawyku miałam się już cofnąć, ale tego nie zrobiłam. Czułam, że mi nic nie zrobi.
- Sory.- Połknęła gulę i zacisnęła zęby najmocniej jak potrafiła.
- Nic nie szkodzi.
- Ja, nie wiem od czego zacząć, bo...- zająkała się. Pierwszy raz ze mną rozmawia.- Wystraszyłam się. Nie powinnam była uciekać.
Teraz to ja siedziałam zbita z tropu. Będąc na jej miejscu zrobiłabym tak samo. Przecież jej groził. Wygonił ją i nie mam jej tego za złe. Dziwne, ale nie odczuwałam urazy.
- I tak się postawiłaś. Nic się nie stało. Mam do ciebie tylko jedno pytanie...
Przysunęła się bliżej i zacisnęła wargi tak jak ja dzisiaj rano.
- Mówiłaś o tym komuś?- Byłam pełna nadziei, że nie, lecz przecież mogłam usłyszeć co innego
- Nie, znaczy się, rozmawiałam z Johnem o tym przy Sandy i Caty.
Podniosłam brwi do góry, jednak dziewczyna szybko mnie uspokoiła.
- Ale nie martw się. One są zbyt głupie by zrozumieć- zapewniła mnie dziewczyna o brązowych włosach jak kora- Nie mówiłam o tym wprost. Nie obraź się, że pytam o to, ale dlaczego nie chcesz by ktokolwiek wiedział?
- Po prostu nie chcę- oznajmiłam. Ominęłam fakt, że byłoby gorzej.
- Rozumiem.
- Cieszę się- szepnęłam z mniejszym entuzjazmem, ale nie w sposób by kogoś urazić.
Olivia zaczęła stukać swoimi długimi paznokciami o stół jakby coś ją jeszcze męczyło. Może i tak źle się czuła z tym, że mi nie pomogła? I tak by nic nie zrobiła. Jedynie co to sama byłaby poobijana, a ona by tego nie zniosła.
- Nie wydaje ci się to dziwne, że ktoś taki jak ja przejmuje się tobą?- Gdy sama siebie usłyszała od razu trzepnęła się na krześle- Przepraszam, ja nie w tym kontekście. No bo chodzi o to, że powinnam pomóc bardziej jemu, a nie tobie, no wiesz, bo bardziej trzymam się z nimi.
- Tak to dziwne.
- Ych. Jestem chyba niedołężna, bo nie umiem poradzić sobie z myślami- zauważyła podnosząc bez aprobaty ręce
Jakbym słyszała siebie. Miała ten sam problem co ja, ale nie pomyślałam, by mówić jej o tym. Pokiwałam tylko głową i blado się uśmiechnęłam.
- Źle się z tym czuje, że ci nie pomogłam. Mogłam coś zrobić, a ja tylko...
- Olivia w porządku- przerwałam jej, gdy zauważyłam, że zaczyna jej drgać dolna warga- Nie jestem zła.
Chociaż powinnam, dodałam w myślach.
Odwzajemniła uśmiech i wzięła głęboki oddech.
- Przepraszam, że przeszkodziłam- przygryzła wewnętrzną stronę policzka odsuwając się od stołu.
Rozejrzałam się szukając wzrokiem Pers, która szła już ze swoim jedzeniem w moją stronę.
- Nie przeszkadzałaś- rzekłam, gdy odchodziła i wyszła za próg jadalni
- Już wiesz, które góry pasują ci do dzisiejszego nastroju?- zażartowała Pers siadając naprzeciwko mnie.
Wzięła do rąk zielone jabłko, a potem skrzywiła twarz.
- Kwaśne- oznajmiła ostrożnie przeżuwając i równocześnie patrząc na jabłko, jakby skrywało zagadki wszechświata- Ale dobre.
Parsknęłam śmiechem i znów zatopiłam się w broszurze, by odgonić od siebie myśli, które w tej chwili mi bardzo przeszkadzały. Nigdy bym nie przypuszczała, że Olivia stanie w mojej obronie, a potem będzie jeszcze ze mną rozmawiać. Przecież wszyscy uważali, że mam jakąś skazę, jak cenny klejnot. Tylko właśnie, takie klejnoty są prawdziwe.
                                                             ***
 Czekałam pod szkołą na Lou trzęsąc się w duchu z zimna. Mój nos był zatkany, a moje nogi splotły się by zdobyć trochę ciepła. Chłodny wiatr muskał moje ciało przez co jeszcze bardziej się trzęsłam. Z nudów szczypałam swoje ręce paznokciami. Gdybym zadzwoniła do niego wcześniej, to pewnie bym już siedziała w cieplutkim samochodzie z zapiętymi pasami.
- Idziesz?- spytała Persia.
Jej kręcone włosy rozwiewał wiatr prawdopodobnie jak moje. Tak jak powiedziała, tak rozwiązała warkocza. Jej włosy pokręciły się i wyglądały niesamowicie.
- Czekam na Louis'ego
- Uuu... rozumiem.- Ruszyła zabawnie brwiami i dotknęła językiem swojego policzka wybrzuszając go.
Tupnęłam nogą, a na moich policzkach zawitały rumieńce.
- Wcale nie!- krzyknęłam wywiercając w niej dziurę wzrokiem.
Odpowiedział mi jej śmiech, a potem zniknęła mi z oczu. Potrząsnęłam głową. Od razu zrobiło mi się ciepło. Od niechcenia odwróciłam się i zobaczyłam, że John idzie w moją stronę. W duchu zesztywniałam, ale nogami sprawnie jeszcze potrafiłam władać. Powoli zbiegłam z marmurowych schodów i szłam tam gdzie mnie poniosło. Czułam jak za mną idzie. Czemu on mnie nie zostawi w spokoju? Byłam trochę dalej od niego dlatego zwolniłam biorąc do płuc powietrze, gdy nagle poczułam kogoś obecność z tyłu. Złapał mnie za rękę i rzucił gdzieś w nieznaną mi uliczkę. John.
Nogi miałam jak z waty, a warga mi zadrżała.
- Powiedziałaś mu?- warknął John
Zignorowałam jego pytanie i udawałam, że go tam nie ma. Moje serce chciało wyskoczyć ze swojego miejsca. Przerażenie wymalowało się na mojej twarzy. Nie odwróciłam się do niego, bo bałam się, że to zauważy, a tego nie chciałam
- Powiedziałaś?- Domagał się odpowiedzi
Cisza nie zeszła z pomiędzy nas. Ignorowałam go dalej, ale okazało się, że to zły pomysł.
- K*rwa pytam się!- Zezłoszczony już do cna, wrzasnął. Nie wiem jak moje uszy to wytrzymały
Złapał mnie za rękę i ścisnął mocno. Bolało.
- Puść.
Unikałam jego spojrzenia. Zacisnęłam zębami policzki i udawałam, że wszystko jest okej.
- Grzecznie odpowiedz, a może cię puszczę- oznajmił cwaniacko się uśmiechając.
Nie wystarczy mu to, że mnie pobił jak worek treningowy?! Miałam ochotę go opluć, ale byłoby jeszcze gorzej niż jest.
- Zostaw mnie.- Tylko to potrafiłam wycedzić z suchych jak liść ust. Czułam dziwny, metaliczny smak jakbym polizała starą, zardzewiałą monetę.
- POWIEDZIAŁAŚ?!- krzyknął prosto do mojego ucha.
 Zacisnęłam ze strachu oczy i czekałam na najgorsze.
- Tak- odezwał się za jego plecami Louis. Wstrzymałam na chwilę oddech. Obiecał mi, że nic mu nie zrobi. Nie może.
John od razu mnie puścił, a jego broda zadrżała. Cofnął się o krok do tyłu, ale Lou łamał barierę przestrzeni przybliżając się do niego.
- To nie jest tak jak myślisz- powiedział John jakby chciał go upewnić, że nic złego nie zrobił. Prawda jest inna.
- Ooo serio?- Kpiący głos Lou przyprawił mnie o dreszcze.
- Ja tylko...- próbował się jakoś usprawiedliwić, jednak na to nie ma usprawiedliwienia. Z chęcią bym się teraz uderzyła. Po co mówiłam Louis'emu o tym zajściu. PO CO?!
- Ty tylko?- W jego oczach widziałam złość i nienawiść.
- Nie chciałem jej...
- Śmieszny jesteś- zaśmiał się z pogardą.
Moja myśli były przstraszone i podekscytowane. Nie tym, że Lou mu coś zrobi, tylko tym, że staje w mojej obronie. Nie wiem który raz, ale zawsze to robił. Moje serce rozgrzało się mimo tego, co działo się z samopoczuciem Johna.
Chłopak spojrzał to na mnie to na Louis'ego i niewiele myśląc odwrócił się na pięcie i zaczął biec. Lou nie włożył większego wysiłku w bieg, tylko złapał go za tył koszulki i odwrócił przodem do niego. Z całej siły uderzył go kolanem w brzuch.
Stałam z boku, trochę dalej od nich z twarzą zasłoniętą przez moje trzęsące i zimne ręce. Lou nie powinien mu nic robić. Co jeśli będzie gorzej, tak jak zapowiadał? Co jeśli zrobią coś złego ze mną? Dlaczego ja się martwie o siebie? W tym momencie myślę o sobie. Pusta idiotka.
Gdy tak stałam zobaczyłam jak ktoś podbiega do Johna. Było to trzech kolesi, co wtedy mu towarzyszyli. Wystraszyłam się, a nogi ugieły się pode mną. Oni mogą coś zrobić Louis'owi! Moje serce chciało wyskoczyć z piersi.
Połknęłam ślinę. Czułam jakby była zrobiona ze szkła, bo zaczęła drażnić moje gardło. Louis zaśmiał i odwrócił się do nich tyłem. Nie potrafiłam zrobić żadngo kroku, ruchu, tak jakbym była obezwładniona i nie mogła ruszyć żadną kończyną. To przez strach, który sparaliżował mnie od góry do dołu.
Nie wiadomo kiedy Louis wyciągnął czarny pistolet i wymierzył nią w chłopaków.
- Nie!- krzyknęłam przeraźlwie wydobywając z siebie w końcu jakiś dźwięk.
Louis mnie zignorował, a John i reszta schylili się na dół zaciskając oczy jakby zaraz miał strzelić. Nie strzeli. Nie może.
- Louis, nie!- krzyknęłam ponownie dławiąc się własnymi łzami.
Brunet cały czas wpatrywał się w nich z pogardą i odrazą. Za to ja w niego ze strachem i przerażeniem.
- Proszę Cię!- wrzasnęłam podchodząc do niego.
Czułam się jak w jakiejś hiszpańskiej telenoweli, jednak to co widzę na własne oczy jest prawdą. Policzki piekły mnie od słonych łez. On nie raczył na mnie spojrzeć. Tak jakby mnie tam nie było. Nie wiele myśląc stanęłam na przeciwko niego cała zapłakana. Dużo ryzykowałam, bo w każdej chwili mógł strzelić, ale muszę spróbować. Podbiegłam do niego i zimnymi rękami złapałam go za policzki. Swoimi drżącymi wargami dotknęłam jego usta i złączyłam je w pocałunku.
Był zaskoczony moją postawą, ale to była jedyna szansa na odwrócenie jego uwagi. Pogłębił pocałunek. Muskał moje wargi jakby nigdy tego nie robił i to była najważniejsza rzecz w tym momencie, albo w życiu. Pocałowałam go. Zawsze on to robił, ale teraz zrobiłam to ja.
Chłopaki pouciekali, gdy Lou opuścił broń. Czułam strach, nie przeszedł tak szybko jak mi się zdawało. Wiedziałam, że ma broń. Od pierwszego dnia jak go poznałam. Nie przejmowałam się tym, wręcz zapomniałam.
Trzęsącą się ręką powoli zabrałam z jego dłoni, straszną, czarną rzecz i z całym impetem rzuciłam na ziemie nie odrywając się od jego ust.  Gdy się odsunęłam zobaczyłam w jego oczach coś czego nigdy nie widziałam. Żal jakby spalało go wewnętrznie poczucie winy. Z moich oczu dalej wylatywały łzy tworząc strużki na moich policzkach. Łkałam  głośno w jego objęciach. Głowę przyłożyłam pod jego szyją, a on próbował mnie uspokajać.
- Przepraszam, Odetta- szepnął mocniej trzymając mnie w uścisku- Przepraszam.
Ja jednak dalej szlochałam trzymając z całej siły jego kurtkę, jakbym miętoliła białą kartkę papieru. Nie mogłam się uspokoić. Cała się trzęsłam, Moje ręce, nogi. Nikogo nie było wokół nas. Towarzyszył nam wiatr, który plątał moje włosy. Mój oddech się umiarkował, a serce przestało bić jak szalone.
- Nigdy więcej tego nie rób.- Skierowałam wzrok na niego- Nigdy.


__________________________________________________________
Hej! Oki więc jestem jak widzicie z nowym rozdziałem. Idk czy dobrze czy też nie, ale macie.
Jestem mega skołowana i wgl. nie wiem jak i po co, ale w nadmiarze nauki i całej szkoły założyłam trzeciego bloga xd. 
Planowałam go zrobić w wakacje, ale nie wiedziałam czy to mi się uda. Założyłam, jeszcze muszę napisać pierwszy rozdział i mogę go zacząć promować :D
A jak tam rozdział? Podoba się? Mam nadzieje, że tak, bo po raz pierwszy podoba  mi się rozdział napisany przeze mnie. Może nie całość, ale opisy najbardziej. 
Następny rozdział= 15 komentarzy
No i już :)
Nie wiem co mam wam jeszcze napisać, bo nic się nie działo w tym tygodniu jak i w tamtych. No oprócz tego, że wczoraj wyszło SMG <3 
No nic. To tyle z mojej strony.
Mam nadzieje, że zobaczymy się już niebawem xx. 
Link do mojego nowego bloga:  Centre of pain




piątek, 3 października 2014

Rozdział 16 Księżniczka Łabędzi.

                                                                       *muzyka*
Przez cały ranek i południe leżałam. Leżałam na kanapie przed telewizorem. Tak naprawdę tylko udawałam, że coś oglądam. Moje myśli były zajęte czymś innym niż serial czy jakichś program kulinarny. Przemieniłam wcześniej opatrunek, jednak dalej miałam zdarty policzek i łokcie. Kolano wyglądało lepiej, ale nie jest z nim za dobrze. Zacisnęłam oczy, gdy poczułam ból w udzie. Najgorsze miejsce gdzie mogłam upaść. Ono cały czas daje się we w znaki zginając mnie do dołu. Nie miałam na sobie makijażu, a moje włosy rozłożyły się jak chciały po poduszce. Na sobie miałam tylko czarne rurki (standard) i długi, biały sweter.
Moja mama z kimś rozmawiała przez telefon. Nie wsłuchiwałam się z kim, bo nie chciało mi się. Cały czas czułam zmęczenie, ale przecież nic nie robiłam. Zamknęłam oczy próbując zasnąć chociaż na dwadzieścia minut. Ułożyłam się wygodnie i powoli zasypiałam przy włączonym pudle, zwanym również jako telewizor.
Momentalnie obudził mnie dzwonek komórki. Przetarłam ręką twarz i sięgnęłam po niego. Pers.
- Halo?- odezwałam się pierwsza zaspanym głosem
- Cześć, Deta. Wszystko u ciebie w porządku?- spytała z troską w głosie. No, tak. Nic jej nie powiedziałam. Może nawet to i dobrze. Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.
- Trochę tak, trochę nie- zaciągnęłam się powietrzem i czekałam na jej reakcje.
- Nie było Cię dzisiaj w szkole, więc pomyślałam, że coś się stało- powiedziała smutnym  dojrzałej kobiety po przejściach głosem- Coś się stało, prawda?
Ścisnęłam róg poduszki moją ręką. Wyobraziłam sobie Persię w jej pokoju wokół jej świetnych plakatów, siedzącą na środku pokoju. Na dworze było zimno, a po oknach ścigały się krople deszczu.
- Pers, przepraszam, ale nie chcę o tym rozmawiać.- Nie chcę jej zranić. Starałam się powiedzieć to jak najgrzeczniej jak mogłam, ale możliwe, że nie udało mi się z powodu mojego zachrypniętego głosu- Przepraszam
- Jasne, okej nie ma sprawy. Nie jestem zła, po prostu się martwię- oznajmiła spokojnie bez śladu urazu.
- Może Ci kiedyś powiem- rzekłam. W tym momencie usłyszałam jak ktoś wchodzi do domu i zamyka drzwi-Muszę kończyć. Dzięki za telefon- rozłączyłam się zanim zdołała coś powiedzieć.
Odwróciłam głowę w stronę drzwi. Zmrużyłam oczy czekając na to kto wejdzie.
- Louis? Co ty tutaj robisz?- spytałam  gdy przeszedł przez próg drzwi.
- Twoja mama do mnie zadzwoniła. Musiała gdzieś iść, a nie chciała zostawić cię samej- uśmiechnął się podchodząc do mojej osoby.
Gdzie poszła mama? Nawet nie zauważyłam kiedy wyszła. Kazałam mu usiąść koło mnie, więc tak zrobił. Nie wiedziałam dlaczego, ale położyłam głowę na jego kolanach. Może potrzebowałam czyjejś bliskości i troski. Nie wiem czy dostanę to od niego, ale warto zawsze próbować. Dotknął swoją dłonią moją głowę i układał rozwalone po każdej stronie pasma włosów.
- Jak się czujesz?- spytał po pięciu minutach
- Chcesz usłyszeć prawdę czy kłamstwo?
- Prawdę- oznajmił stanowczo, lecz czule.
- Źle- powiedziałam zakładając dwie ręce pod głową.
- Nie powiesz mi kto to zrobił?- bardziej stwierdził niż zapytał.
Odpowiedziała mu cisza z mojej strony. Wyciągnęłam rękę po pilota i przełączyłam na jakiś film akcji. Ściskało mnie w żołądku, bo wiedziałam, że muszę mu powiedzieć. Nie mogę cały czas siedzieć cicho. Poza tym nie powinnam go okłamywać.
Film dłużył się niemiłosiernie, a ja przez ten cały czas myślałam, jak mam mu to powiedzieć. A może w ogóle nie powinnam o tym gadać? Lepiej by było o tym zapomnieć i żyć dalej? Mój umysł podzielił się na dwie strony. Tak jakbym miała na prawym ramieniu aniołka, a po lewej stronie diabełka. Louis również oglądał ten film ze względu na mnie, bo myślał, że chcę go obejrzeć. Połknęłam gulę formującą się w moim gardle. Co robić, co robić? Otworzyłam usta, lecz po chwili je zamknęłam, bo nic się z nich nie wydobyło. Dlaczego to nie jest takie proste... A może ja źle robię? Może nie powinnam mu mówić. Tak by było najlepiej, jednak nie chce okłamywać żadnego osobnika w rodzinie jak i poza nią.
- To był on- powiedziałam. Zaskoczyłam samą siebie. Myślałam, że nic nie powiem, że nie dam rady. Jednak się udało. Mam to brać za porażkę czy zwycięstwo?
Louis zastygł w bezruchu. Pewnie sprawdzał czy dobrze usłyszał. Tak, zaczęłam o tym rozmowę. Ja, tak ja.
- On? On czyli?- odezwał się po paru minutach. Zostało mi to jeszcze do wyjaśnienia.
- W drugi dzień jak Cię poznałam- oznajmiłam szepcząc cichutko jak myszka. Mam nadzieje, że skojarzy fakty.
Poczułam jak jego ciało się napina razem ze szczęką. Zdenerwował się, kojarząc go. On już wie. Matko, co ja zrobiłam? Nie powinnam nic mówić. Ale jestem głupia!
- Dlaczego powiedziałaś, wczoraj, że to ONI Ci zrobili? Było ich więcej?- dopytywał się łącząc wszystko w całość.
- Byli tam, jednak tylko on to zrobił- pociągnęłam nosem, lecz nie płakałam. Przygryzłam ze zdenerwowania wargę, aż w końcu poczułam metaliczny smak krwi.
Wziął głęboki oddech. Układał wszystko w swojej głowie, aż znowu zapytał:
- Jak to było dokładnie?
Teraz ja wciągnęłam powietrze.
- Nie robiłam nic złego- załkałam ponownie kładąc głowę na jego kolanach- Ja po prostu...Zobaczył mnie i powiedział, że mam nic nie mówić, bo będzie gorzej- pociągnęłam nosem, jednak tym razem uleciało  kilka łez- I on mnie...- nie dokończyłam bo wybuchłam płaczem. Złapałam się ręką za czoło i ryczałam.
Louis dotknął mojego ramienia i zacisnął oczy.
- Leżałam na drodze, jak jakaś dziwka!- wstałam i krzyknęłam wypełniona po brzegi łzami.
Brunet spojrzał w moje oczy i mocno mnie przytulił. Poczułam jego męskie perfumy, które mocno ubóstwiałam. Dobrze, że nie miałam na rzęsach tuszu, bo inaczej bym mu pobrudziła ubranie.
- Proszę, zostaw go w spokoju- podniosłam głowę i spojrzałam w jego piękne jak niebo, oczy.
- Zwariowałaś? Nie mogę tego tak zostawić.
- Możesz. Jeśli mu coś zrobisz...- próbowałam znaleźć jakąś dobrą metodę do szantażu
- To?- domagał się zakończenia. Patrzył na mnie jak na głupią. Miał rację. Została pobita przez kolesia, a potem jeszcze się za niego stawia.
- To nie odezwę się do ciebie już nigdy.- Mój wyraz twarzy był poważny.
- Dlaczego go tak bronisz?- spytał z niedowierzaniem
- Nie chcę mieć gorszych kłopotów. Nie chce go pamiętać, rozumiesz?- zacisnęłam oczy, gdy udo zaczęła dawać o sobie znać.
- Ale, Odetta...
- Obiecujesz?
- Słońce, przecież...
- Obiecujesz?!- spytałam oschle. Bardzo  starałam się mówić poważnie i stanowczo, jeszcze po tym jak nazwał mnie ,,Słońce''.Czułam jak moje serce mięknie.
Westchnął.
- Obiecuje- Patrzył w moje gałki oczne bym mu zaufała.
Zamrugałam dwa razy i spuściłam wzrok. Owinęłam ręce wokół jego szyi jak wczoraj i przysunęłam się do niego. Mocno mnie objął w talii i podniósł do góry głowę. Czułam jak bije jego serce. Pam, pam, pam. Pocałował mnie w głowę, a ja starałam się nie myśleć o tym co stało się wczoraj wieczorem. Przynajmniej próbowałam.
- O, widzę, że już się lepiej czujesz- rzekł głos mojej mamy za nami.
Szybko się oderwałam od jego klatki, a na moje policzki stałe się różane. Louis uśmiechnął się blado w moją stronę. Wstał z kanapy i schylił się by pocałować mnie w czoło. Moja mama była już w kuchni i rozkładała zakupy na blacie. Louis wychodził. Miałam zamiar krzyknąć ,, Nie wychodź, zostań ze mną!'', ale nie miałam odwagi.
- Nie zostaniesz na kolacji?- spytała rodzicielka widząc jak Lou zmierza ku wyjściowych drzwi.
- Nie chcę robić kłopotu- rzekł chwytając za klamkę.
- Ale to żaden kłopot- próbowała go namówić uśmiechając się pięknie aż po uszy.
- Powinienem już iść.
- Zostań- odezwałam się, gdy wstałam z kanapy. Bawiłam się palcami ze zdenerwowania. Poczułam przeszywający ból w udzie jak i w kolanie. Ugiłam się pod jego wpływem. Złapałam się ramy siedzenia. Nie wiedząc kiedy Louis stanął obok i podtrzymał mnie.
- Dobrze- powiedział to wolno i patrząc prosto w moje oczy. Tak jakby się zgadzał ze względu na mnie. Zatopiłam się w jego tęczówkach, gdy on otarł krew z mojej uszkodzonej wargi.
Moja mama ponownie się uśmiechnęła i wróciła do kuchni. Złapałam go za rękę i poprowadziłam  do swojego pokoju.
- Masz bardzo ładny pokój- rzekł z uśmiechem, gdy zamykałam drzwi, a on stał na środku i wpatrywał się na ściany, lampy, biurko i... na łóżko.
Przygryzł lekko wargę patrząc się w nie, jakby o czymś myślał,  a następnie powrócił wzrokiem na mnie.
- Boli?- spytał dotykając przetarcia na policzku jedną ręką, a drugą przytrzymywał moją brodę
- Nie- odpowiedziałam stojąc sztywno na palcach.
Całe szczęście, że nie było gorzej. Jakbym trafiła głową o krawężnik, to pewnie byłabym martwa. Ale żyję. Żyję i widzę Lou, który zagląda mi w szafki, bo mu na to pozwoliłam. Usiadłam na łóżku patrząc na jego ruchy. Zerknął najpierw w szafeczki w biurku. W pierwszej były długopisy i pióra wraz z nabojami do nich. Wziął go do ręki i uważnie mu się przyglądał.
- Ty tym piszesz?-spytał zaskoczony jakby pierwszy raz to na oczy widział. - Ja jestem przyzwyczajony do długopisów.
- Czasami- oznajmiłam kładąc się na łóżku.
- Naprawdę?- zaskoczenie wymalowało się na jego twarzy.
- Mhm- mruknęłam schodząc powoli z mojego łóżka.
Uwagę chłopaka przykuła półka z książkami. Och, tak, kocham ją. Różnią się gatunkami, ale każda ma w sobie to coś. Nigdy żadnej nie wyrzuciłam. Mam na niej nawet książki z dzieciństwa.
- Lubisz czytać- stwierdził podchodząc do niej bliżej.
- Kocham.
Stał obok niej i czytał ich tytuły. Po chwili zaczął czytać na głos wszystkie nazwy jakie mu się rzuciły na oczy:
- Buszujący w zbożu, Skarga zakochanej, Wichrowe wzgórza. Nie czytasz nowoczesnych utworów...- jego głos zdradził u niego zaskoczenie.
- Jeśli chodzi ci o ,,Zmierzch'' czy ''Piękne istoty'' to muszę się z tobą zgodzić.
Na jego twarzy zobaczyłam szeroki uśmiech.
- Jaka jest twoja ulubiona książka?- spytał, dalej przeglądając moją półkę.
Chwilę musiałam się zastanowić. Trudno było mi wybrać pośród tych wszystkich wspaniałych dzieł, ale w końcu zdecydowałam:
- Wydaje mi się, że ,,Stary człowiek i morze''.
Przez chwilę się nie ruszał jakby ktoś zatrzymał na chwilę czas. Znów pojawił się półuśmiech na jego twarzy po jednej stronie policzka.
- Dobry wybór- oznajmił
Złączyłam swoje dłonie w koszyczek i podeszłam do niego. Stał nieruchomo z rękami w kieszeniach podziwiając moją literaturę. Moja półka była dość duża, ale i tak książki, które się nie zmieściły trzymam na strychu.
Jego wzrok przykuła książka średniej wielkości. Spuściłam wzrok gdyż wiedziałam jaki jest tytuł tej książki. Przygryzłam wargę ciekawa jego reakcji. Otworzył ją i przeczytał parę zdań.  Uśmiechnął się szeroko, a moje serce zrobiło się ciepłe jak gorący kaloryfer.
- Księżniczka Łabędzi- stwierdził, a z jego twarzy nie schodził uśmiech
Spojrzał w moją stronę. Zarumieniłam się i przetarłam wargę o wargę. W moim pokoju świeciła się tylko jedna lampka, ta co wczoraj w nocy.  Odłożył książkę na biurko i złapał mnie obiema rękami za twarz. Powoli zbliżał się do mnie, a mój żołądek zacisnął się z podekscytowania. Delikatnie dotknął moich ust swoim kciukiem. Był tak blisko mnie, że czułam jego oddech na mojej szyi. Louis był jedyny w swoim rodzaju. Może po prostu nie mam porównania, ponieważ jeszcze z nikim nie chodziłam. Lecz jego zachowanie i to w jaki sposób mnie traktował był wspaniały. Za każdą jego bliskością zmieniałam się w kogoś kim jestem naprawdę. Mogłam mu zdradzić wszystkie sekrety i zwierzyć się z problemów. Jego dotyk sprawia, że cała drżę i dostaje gęsiej skórki. Będąc sama jestem sobą, lecz w innej postaci. Bardziej wyblakłej, nie widzącej okna na świat. Byłam jak ona. Jak Księżniczka Łabędzi.
- Khem, khem- odezwała się mama opierając o framugę drzwi.
Zacisnęłam wargi, by się nie zaśmiać.  Louis zrobił to samo i założył kosmyk moich włosów za ucho. Przez to jeszcze bardziej zarumieniona odwróciłam się w stronę mamy.
- Kolacja gotowa- uśmiechnęła się
- Zaraz zejdziemy- powiedziałam podnosząc ramiona do góry.
- Zaraz- wywróciła zabawnie oczami. Podniosła dwa palce u rąk i zgięła je. Wyszła z pokoju, a ja zawstydzona zaśmiałam się w ramię Lou.
                               
Mamrałam i dłubałam w jedzeniu, kiedy mama jadła wszystko ze smakiem. Gdybym sama coś zrobiła do jedzenia, to pewnie też bym chciała sprawdzić, czy dobrze smakuje.
- Odetta musisz coś zjeść- odezwała się mama widząc, że nic nie wzięłam do ust.
- Dzięki mamo, nie jestem głodna- oznajmiłam łapiąc się ręką o głowę, a drugą dłonią jeździłam widelcem po talerzu.
Louis odłożył sztućce i skrzyżował ręce patrząc na mnie.
- Dlaczego nic nie jesz?- spytałam zaskoczona. Przecież tak nie można.
- Nie jestem głodny- przedrzeźnił mnie, a ja zmrużyłam oczy
- Jedz, musisz- rzekłam poprawiając się na brązowym krześle
- Dopóki ty nic nie zjesz, ja też nie włożę nic do ust- zaszantażował mnie.
Moja mama zadowolona z pomysłu Lou również odłożyła widelec na bok.
- Mamo!
- Musisz coś zjeść- powiedział Lou nie ruszając nic co było na stole. Nie mogą mi tego zrobić.
- Ale...
- Odetta
Westchnęłam mruknięciem z poirytowania i włożyłam do ust makaron z sosem serowym. Przeżuwałam ostrożnie każdy kęs jaki wzięłam. Louis uśmiechnął się pod nosem i poprawił na swoim siedzeniu. Szantażysta.
Mama również zaczęła jeść z powrotem kiedy zauważyła, że połowa z mojego talerza zniknęła. Druga szantażystka.
Gdy w końcu zjadłam wszystko westchnęłam przez przejedzenie i oparłam się o krzesło.
- Zadowoleni?- wodziłam wzrokiem po tej dwójce.
- Bardzo- uśmiech nie schodził z twarzy mamy.
Złapałam się za wypełniony brzuch. Wyglądałam jak kobieta w piątym miesiącu ciąży. Louis wstał i złapał mnie za rękę bym wstała. Stęknęłam kiedy już normalnie stałam na nogach. Brunet podziękował i ruszył do drzwi. Podążyłam za nim by go odprowadzić. Dlaczego on jest taki...
- Wszystko okej?- spytał gdy zobaczył moją zamyśloną minę. Ocknęłam się i spojrzałam w jego rozszerzone źrenice.
Zaśmiał się schylając na dół głowę.
- Przyjedziesz jutro?- zacisnęłam wargi najmocniej jak potrafiłam.
- Jeśli będzie Ci to sprawiać przyjemność, będę przyjeżdżał codziennie- powiedział pełen powagi, jednak na jego twarzy widniało rozbawienie.
- Masz moją zgodę.
Dotknął swoim palcem mój zraniony policzek i przekręcił głową. Przyciągnął mnie do siebie, a ja znowu zatopiłam się w jego mocnym i czułym uścisku. Oparł brodę o moją głowę i westchnął. Poczułam jak jego klatka podnosi się i opada. Mógłby robić za poduszkę na moim łóżku. Jako grzejnik również. Powstrzymywałam się jak mogłam by nie zacząć płakać. Niech on zostanie i się mną opiekuje. Potrzebuje  najbliższych. Jego najbardziej.



___________________________________________________________________

Hej wam. Jak tam? Bo u mnie dosyć kiepsko. Chora jestem i chcę mi rozerwać gardło. Ał. Trochę mi smutno, że tylko tyle komentarzy. No nic, jak nie chcecie to was nie zmuszę. 
Poza tym wiecie, że nie tylko na tym ni zależy, prawda? Bardzo was lubię, chociaż praktycznie to was nie znam (*facepalm*)
No, a tego. 
Podobał wam się rozdział? :)) 
Aha! W opowiadaniu będą się pojawiać dwie wersje imienia bff Dety. Raz będę pisać Percia a raz Persia. A to tylko dlatego, że idk jak mam jej imię pisać. Wybierzcie xd
No to teraz komentarze (nierozłączny mój towarzsz)
15 komentarzy=następny rozdział
Mam nadzieję, że wam się spodobał i no :>
I jeszcze jedna sprawa! 
Otóż znów zaczęłam pisać About You! Ta, trochę minęło czasu xd. Ale do rzeczy. Zainteresowanych zapraszam do linku. Znajduje się tam informacja na temat tego co z tym zrobię dalej. Zrobię tu mały spoiler. wszystkousuwamizaczynamprzygodęztymblogiemodpoczątku! Uf xd
Link: About you
I przypominam jeszcze o asku. Zadawajcie pytania. Proszę, śmiało!

piątek, 12 września 2014

Rozdział 15 ,,Niezdarna, lecz kochana''

- Ja...- próbowałam coś wydukać jednak nie udawało mi się. Jak się wykręcić?
Pierwsze co zrobił Louis to zaczął szperać po moich szafkach. Nie wiedziałam po co, jednak potem się dowiedziałam. Wyciągnął z nich parę ręczników. Owinął jeden wokół mojego ramienia i kazał mi usiąść na brzegu wanny. Zrobiłam to co kazał. Uklęknął przede mną, podniósł moją nogę i zrobił to samo co z ręką. Spojrzał na mnie i przetarł moje mokre od łez policzki.
- Powiesz mi?- spytał domagając się wyjaśnień. Nie powiem mu. Nie ma mowy.
- Przewróciłam się- skłamałam dotykając ręką moje niedbale ułożone włosy.
- Proszę Cię, nie kłam.
Wzięłam głęboki oddech. Louis zdjął z kolana ręcznik i wziął nowy. Zamoczył go w wodzie i delikatnie dotknął rany. Syknęłam z bólu. Z zaciśniętymi ustami czekałam aż skończy. Obmył je tak samo jak ramię, które też piekło.
- Masz gdzieś jakieś...
- Na górnej półce- przerwałam mu wiedząc o co chodzi.
Położył wacik i owinął bandażem zranione miejsca. Bolało jak zwykle.
- Powiesz mi w końcu?- zapytał zniecierpliwiony
Nie mogę.
Wstając zacisnęłam oczy czując jak mrowieją razem z głową. Straciłam równowagę i prawie spadłam na ziemię, jednak Lou mnie złapał w odpowiednim momencie. Przeklął pod nosem, a ja usiadłam na łóżku.
- Kto ci to zrobił?
- Nikt, przewróciłam się- próbowałam znowu go nabrać, jednak nie jest głupi.
Spojrzał na mnie nie dowierzając.
- Dlaczego kłamiesz?! Masz zdarty policzek, przecięte ramię, kolano, a o łokciach nie wspomnę- wymieniał, a mi zrobiło się głupio. Tak jakbym dostawała naganę od mamy.- Kto Ci to zrobił?
- Nie wiem- wydusiłam łapiąc się za obie ręce
- Odetta, nie kłam!- krzyknął niecierpliwie. Już miał dość moich wyssanych z palca wymówek.
- Naprawdę nie wiem!- zaczęłam łkać.
Czy on nie może zrozumieć, że nie mogę mu powiedzieć? Klęczał przede mną ze złączonymi rękami, a ja zacisnęłam powieki najmocniej jak potrafiłam. Będę musiała mu powiedzieć. Na pewno nie teraz, ale będę musiała. Otworzyłam oczy i spojrzałam w jego niebieskie tęczówki jak woda w basenie. Patrzył na mnie jakby się czegoś doszukiwał. Jakby miał przez to odczytać co mi się stało. Albo czekał na to co zrobię, co powiem. Ja siedziałam cicho i nie potrafiłam się odezwać. Wciągnęłam powietrze moimi drżącymi ustami i znowu wylatywały łzy z moich oczu. Wiedział, że nic mu nie powiem. Musiałby to wydobyć siłą, lecz nie zrobi tego. Wiem to. Czuje się koło niego bezpieczna.
Drzwi pokoju otworzyły się, a w nich stała moja matka
- Skarbie, wszystko w porządku? Słyszałam płacz i...- urwała widząc mnie, a obok Louisa.
Natychmiast się podniosłam wraz z Lou. Szybko się do niego cofnęłam, a on złapał mnie za przedramię. Zrobiłam to, ponieważ bałam się reakcji mamy. Słyszy płacz, a potem widzi pobitą córkę, a obok niej jakiegoś faceta. To daje do myślenia, jednak Louis nic mi nie zrobił. Louis się mną zainteresował. No właśnie, skąd on wiedział, że ze mną jest coś nie tak? Może po prostu przyszedł w niewłaściwym momencie, albo może się dowiedział. Chociaż w to wątpię.
Mama wpatrywała się z przerażeniem.
- Odetta, dziecko co Ci się stało?!- krzyknęła widząc mój tymczasowy stan.
Podeszła bliżej, mierząc Lou swoimi oczami jakby miała w nich skan.
- Ja po prostu...- zaczęłam, ale zabrakło mi słów. Co ja mam powiedzieć?- Byłam na spacerze i przewróciłam się.
- Odetto Anastasie Havel, dlaczego kłamiesz?- spojrzała z pogardą na chłopaka- Dzwonie na policje.
Zamarłam. Po co tam dzwonić? Mają ważniejsze sprawy. Ona naprawdę chce to zrobić. Rozszerzyłam oczy wiedząc, że mówi prawdę i się nie zawaha .
- Co? Mamo, nie rób tego!- złapałam ją za rękę i przyciągnęłam- Proszę!
- Mam to tak zostawić? Louis jak mogłeś...
- Co ty wygadujesz? Louis nic mi nie zrobił!- krzyknęłam przerywając jej
Lou stał spokojnie obok mnie ze zmarszczonymi brwiami jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest podejrzewany o pobicie.
- Nie kłam! Nawet nie próbuj mnie zatrzymać.
- Mamo, proszę nie! Uwierz mi no kur...- nie dokończyłam, bo mama spojrzała na mnie morderczym wzrokiem- czę.
- Nie masz wyjścia. Albo powiesz jak było, albo pójdę siedzieć za pobicie ciebie. Zabawne, nie?- odezwał się w końcu Louis.
Skrzyżował ręce i czekał na wyjaśnienia. Mama zrobiła to samo wywierając oczami dziurę we mnie. Stawili mnie między młotem a kowadłem. Jeśli nie powiem, mama wskaże Lou za pobicie- bardzo dziwne- a jak powiem, to będzie gorzej. John jest nieobliczalny. ,,Dla Caty zrobię wszystko. Mogę Cię nawet zabić''. Patrzyłam to na Lou to na mamę, aż w końcu nie wytrzymałam. Wybuchnęłam głośnym płaczem i opadłam na podłogę. Złapałam się za twarz i zaczęłam ryczeć. Niech oni mnie zostawią. Nic nie mogę powiedzieć i już. Louis ponownie klęknął obok mnie i przyciągnął  do siebie. Zaciśnięte dłonie w piąstkę oplotłam wokół jego szyi. Schowałam twarz w zagłębienie między jego ramieniem, a idealnie wyrzeźbioną szyją. Nie mogłam opanować płaczu. Louis wstał i poczułam jego dłoń, która dotykała moich włosów. Gest trochę mnie uspokoił.
Mama spojrzała na obejmującego mnie czule Louisa i zrozumiała, że on nic nie zrobił. Nareszcie.
- Nawet jeśli Louis tego nie zrobił, to musiał ktoś inny. Muszę to zgłosić- stwierdziła moja mama niepokojąco.
Co?
- Mamo, nie rób tego!- krzyknęłam pociągając nosem oraz uwalniając się z uścisku bruneta. I znowu się zaczyna.
- Odetta nie mogę tego tak zostawić!- odpowiedziała tym samym tonem machając telefonem w ręce
- Będzie jeszcze gorzej!
- Będzie, jeśli nie zajmie się tym policja!- moja mama myślała, że jest mądrzejsza od całego świata.
- ONI MNIE ZABIJĄ!- histerycznie wrzasnęłam, a na podłodze widniały malutkie, przezroczyste kropeczki. Moje łzy.
Rodzicielka zszokowana patrzyła na mnie z rozszerzonymi oczami. Louis był również zaskoczony moimi słowami, jak każdy w tym pokoju.
- Nikt Cię nie skrzywdzi- powiedział stanowczym tonem Louis, a ja ponownie się w niego wtuliłam.
Wbiłam palce w jego plecy.  Pewnie zamoczyłam mu całą piękną, czarną koszulkę. Teraz zauważyłam jak w niej bosko wygląda. Mama z tego wszystkiego odłożyła telefon i usiadła na mojej kremowej pościeli. Załamała ręce myśląc o tym co powiedziałam.
- Przepraszam- wydukałam nie odsuwając się od chłopaka. Gdyby nie ja, nie byliby teraz przerażeni i zdenerwowani.- Tak bardzo przepraszam.
- To nie twoja wina- oznajmił Louis spokojnym głosem
Jego słowa uspokoiły mnie jak żadne inne. Czułam się bezpieczna i choć na moment pomyślałam, że ktoś się mną i moim losem przejmuje. Moje serce rozgrzało się jakby ktoś je opatulił szalikiem i jeszcze bardziej wtuliłam się do sylwetki Louisa. Jak dobrze, że on tu jest. On tu jest.

                                                                                        ***
                                                                           (Tina)
- Usnęła?- spytałam gdy Louis wychodził z pokoju Odetty.
Pokiwał głową, a ja podałam mu wysoką szklankę z wodą. Wypił trochę, a jego jabłko Adama poruszyło się. Oparł się rękami o czarny blat zamykając na chwilę oczy.
- Przepraszam, że pomyślałam, że coś zrobiłeś mojej córce- wzięłam głęboki oddech i spojrzałam w jego stronę.
- Nic nie szkodzi- przyjął moje przeprosiny. Na jego twarzy nie widniało nic. Ból, strach, zmęczenie. Nic. Za to w jego oczach mogłam odczytać o czym myśli. Odetta.
- Nie wiem co mam powiedzieć- szepnęłam łapiąc się za swoje usta - Moje dziecko, jest...- Przyłapałam się na tym jak zaczynam płakać. Louis nie wiedział co zrobić. Podejść, powiedzieć, że nic się nie stało? Oboje jednak wiemy, że stało się. Dużo się stało. Przetarłam szybko policzki i udawałam, że nic się nie złamało w moim sercu.
- To już działo się wcześniej...- odezwał się biorąc łyk wody.
- Co?
- Odetta pewnie nic nie mówiła. Mogłem się tego domyślić- przekręcił głową niedowierzając
- Jak mogłam tego nie zauważyć- załamałam się. To wszystko się powtarzało, a mnie przy niej nie było. Nie wybaczę sobie tego.
- To nie pani wina.- Louis próbował mnie jakoś uspokoić
- Owszem moja. Gdybym tylko... Pieprzony Alaric!- uniosłam głos
- Jaki Alaric?- spytał ze zmrużonymi oczyma
- Przepraszam. Alaric jest ojcem Odetty. Zostawił nas dwanaście lat temu i się nie odezwał- próbowałam mówić spokojnym głosem, by znowu nie wybuchnąć płaczem i nie obudzić śpiącej Dety.
Chłopak przełknął ślinę i nie otworzył ust by coś powiedzieć. Albo mu już powiedziała, albo nie chcę mieszać w nieswoje sprawy. Jestem mu za to wdzięczna.
- Przecież ja ich...- wściekł się myśląc o tych, którzy zrobili to mojemu dziecku.
- Louis nie rób głupstw- powiedziałam trochę znużonym głosem. Nie za bardzo przejmowałam się tym, czy im coś zrobi czy nie.
- Odetta nic im nie zrobiła.
- Odetta nikomu nie zrobiłaby krzywdy. No chyba, że sobie- zdałam sobie sprawę jaka ona jest niezdarna, lecz kochana. Nie wiem jakim cudem wybaczyła mi to co działo się dwa tygodnie, miesiące, lata temu! Ona ma takie dobre serce, a tyle osób ją krzywdzi. To niesprawiedliwe.
Dokończył swoją wodę i skrzyżował ręce.
- Powinienem już chyba iść- stwierdził patrząc na niebo za oknem, które było ciemne, jak w kuchni. Nie paliło się żadne światło oprócz w pokoju Dety. Nie chciała by gasił. Była tak wystraszona, że aż bała się zasypiać sama w ciemnościach.
Pokiwałam głową i otworzyłam mu drzwi. Chłopak wyszedł za próg jednak odwrócił się i spojrzał w moje oczy.
- Niech pani...- nie dokończył, bo mu przerwałam
- Nie martw się. Zajmę się nią- rzekłam, a on zacisnął swoje wargi w cienką kreskę.
Odszedł, a ja zamknęłam drzwi.
                                                                                       ***
                                                                             (Olivia)
Podeszłam do naszego stolika gdzie zawsze siedziałyśmy z dziewczynami. Nie widziałam nigdzie Dety, więc pewnie nie przyszła dzisiaj do szkoły, albo coś jej zrobili. Tak, jestem wystraszona i przejmuje się tym co się z nią stało. A zaś nie obchodzi mnie to co pomyśli o mnie Sandy czy Caty. One -znając moje myśli i ich- pewnie by im jeszcze pomogły. Bezmózgie antylopy.
- Gdzie jest Deta?! Co jej zrobiliście?!- krzyknęłam widząc Johna siedzącego na krześle obok  Caty i Sandy.
- Ej, uspokój się- odrzekł chłopak widząc moją postawę. No chyba nie zapomniał o tym co się stało wczoraj? Palant.
- Pewnie poszła na wagary z Tom-lin-so-nem- stwierdziła podekscytowana Sandy, gdy wypowiedziała jego nazwisko. Szansa, żeby na nią spojrzał jest jak jeden na trylion. - Ile ja bym dała za takie wagary...-  Gada o nim z takim podekscytowaniem jakby był jej. I tak wszyscy wiemy, że spotyka się z Odettą. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Że też na nią poleciał.- Cisnęła gromem Caty- Sandy, jak myślisz czy oni...- spytała Caty, jednak Sandy nie pozwoliła jej dokończyć.
-Zwariowałaś? On jej nawet nie dotknie. Zresztą kto chciałby ją dotknąć- oburzyła się Sandy, która siedziała na stole z nogami na krześle.
- Jak widać ktoś chciał!- krzyknęłam w stronę Johna. Zabijał mnie wzrokiem, jednak ja się nie bałam.
- Nic jej nie zrobiłem- rzekł z powagą. Nieźle kłamię jak na takiego idiotę.
- Serio?! A kto ją...
- Zamknij ryj!- wrzasnął podchodząc do mnie bliżej. Miałam ochotę uderzyć go w twarz, ale zaraz przyjdzie dyrektor szkoły i wyleją mnie z niej. Dlatego nasz mądry John robi takie rzeczy po szkole, bo nikt mu nic nie zrobi.
- A co? Mam odejść, bo stanie mi się krzywda?- wyrecytowałam jego słowa z wczoraj.
- John...- zwróciła się do niego Caty. Przeraziła się moimi słowami.
- Olivia gada głupoty nie słuchaj jej- próbował się wybronić. Nic z tego.
-  Zobaczysz, że Louis ci tego nie popuści- zagroziłam mu. Każdy wie, nie od dziś, że jeśli stanie się coś bliskiej osobie Louisa, to temu komuś stanie się krzywda.
- Skąd on to niby będzie wiedział? Ona nic mu nie powie. A jeśli powie to...- Był pewny siebie, lecz ja mu przerwałam.
- To jej nic nie zrobisz, bo będziesz nieżywy!
- Ej Olivia ogarnij się. Jesteś po stronie Odetty?- spytała zdezorientowana i zszokowana moją postawą Sandy. Tak jak przewidziałam.
- Wiecie co? Wszyscy jesteście pieprznięci- powiedziałam odchodząc od stolika.
Chwilę potem zadzwonił dzwonek na lekcje. Rozejrzałam się jeszcze przed wejściem, lecz nie zobaczyłam jej. Zauważyłam tylko Persję. z Danny'm wchodzących do klasy.














_____________________________________________________________________

Witam was bardzo serdecznie. Jak widzicie zachodzą tu zmiany. Mam nadzieję, że wam się spodoba:)
Jeju jak tak to w głowie mam multum pomysłów na notatkę, ale jak usiądę przy klawiaturze to nie wiem co ja mam wam tu napisać.
Jest mi trochę smutno z powodu komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Były one bardzo krótkie i zdawało mi się, że były pisane na odczep się. Konstruktywne komentarze bardzo by mnie ucieszyły.
NIE TO, ŻE SIĘ W OGÓLE NIE CIESZĘ!
Niektórzy mają mniej komentarzy pod postami i dają radę. Tylko mówię, że było mi trochę smutno.
A poza tym to ten gif Lou (ten na górze) przypomina mi jakąś złą postać z Anime :>  asdafaadfda
Eee co jeszcze... hmm... A!
Mam nadzieje, że zrozumiecie, że rozdziały nie będą często się pojawiały. No może do 18 będzie w miarę, bo mam je już napisane. Dlatego wam teraz to przekazuje, żebyście nie byli źli:)))
Err... Dobrze no to tyle co mam wam do powiedzenia. Znając życie przypomnę sobie jak już opublikuje ten rozdział xd.
No więc tak:
                                               20 komentarzy = następny rozdział
I proszę was. Dajcie mi chociaż krótką informacje o tym co was zaskoczyło lub zdziwiło w tym rozdziale. Uwierzcie mi. To daje takiej mocy, że aż mam ochotę pisać dalej by was dalej zaskakiwać. Nie zrozumcie mnie źle, ja chcę tylko byście dali chociaż o te 2-3 linijki więcej. Dziękuje wam za to, że czytacie to badziewie. ( Czytając poprzednie rozdziały mam ochotę je usunąć)
NO WŁAŚNIE!
Chcę was również powiadomić, że będę tamte poprzednie rozdziały poprawiać. Możliwe więc, że zmienię parę dialogów, lecz fabuła się nie zmienia.
A co do tego rozdziału to wiem, jest trochę pomieszany, ale chciałam wam tę sytuacje pokazać w różnych osobach.
No to chyba tyle. Dziękuje.
U, to jest najdłuższa notka do tej pory. wow:))


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 14 ,,Przestań kobieto! Boli mnie głowa.''

Weszłam do domu zatrzaskując za sobą drzwi. W domu poczułam czyjąś obecność. Miałam udać się do pokoju, jednak słysząc cichy chichot dobiegający z kuchni natychmiast zmieniłam kierunek. Weszłam do pomieszczenia, gdzie zazwyczaj gotuję się obiad. Koło kuchennej wysepce siedziała moja mama, a z nią czarnowłosa kobieta bujając nogą w tę i z powrotem. Ciocia Spencer.
- Kochanie, wróciłaś. Jak było u Perci?- spytała moja mama przestając się śmiać, a całą swoją uwagę skupiła na mnie
- Łabątku, prawie Cię nie poznałam!- krzyknęła radośnie ciocia Spencer odstawiając białą filiżankę z kawą na blat.
To było dziwne.
Czułam jak zaczynam się czerwienić i pocić na rękach. Moja mama w tej roli, była zupełnie czymś innym. Czymś niespotykanym. Jak ktoś może zmienić się w przeciągu tygodnia, a nawet mniej? Widok rozweselonej cioci już w ogóle nie pasował do tego krajobrazu. W mojej głowie tkwiły takie same pytania. Co? Co? Co? Co?
- Um...Hej. Było...fajnie- wycedziłam zawijając moje usta w cienką kreskę
Złapałam się ręką o łuk i schyliłam się do czerwonego trampka, by go odwiązać. Miałam na sobie długie, czarne rurki i fioletowy top bez ramiączek. Moje włosy były spięte w koński ogon, a na rzęsach widniał tusz do rzęs. Nie jestem jakoś przyzwyczajona do odlotowych naszyjników czy kolczyków. W mojej szkatułce znajduję się tylko jeden, długi, srebrny łańcuszek  z malutkim serduszkiem. To dość dziwne ponieważ pudełko jest duże, a w nim tylko jedna rzecz.
- Jak ty promieniejesz!- zdziwiła się ciocia Spencer- Z każdym rokiem coraz bardziej
Uśmiechnęłam się do niej, a w głowie myślałam tylko o tym, że gdyby nie Percia, Louis i przemiana mamy pewnie byłoby gorzej. O wiele gorzej. Już w wieku piętnastu lat miałam myśli samobójcze. Jeju, po co ja sobie to przypominam? To były najgorsze lata w moim życiu. Pamiętam jak chodziłam po moście cała roztrzęsiona, a moje oczy miały już dość łez, jednak ja dalej zmuszałam je do płaczu. Głowa mnie od tego bolała, ale nie mogłam przestać. To tak jak z kolejką górską. Jesteś przerażony, krzyczysz, chcesz żeby ją zatrzymali, jednak dalej jedziesz. Nie możesz jej zastopować. Chociaż i tak w jakimś miejscu w sercu lub głowie czujesz, że tego chcesz. Chcesz krzyku, przerażenia i podekscytowania.
Ludzie, którzy jechali samochodami nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Nie chcieli. Ich oczy widziały dziewczynę w potarganych włosach krążącą wokół obramowania, ale nie zrobili nic.
Wsunęłam stopy na dolną stronę obramowania i złapałam się trzęsącymi rękami zielonej poręczy. Moje blade usta drżały, a oczy były skierowane w stronę płaszczyźnie wody. Była taka niebieska. Pomyślałam jak to jest, gdy już wskoczysz do niej. Nie umiałam pływać, więc to było bardziej skuteczne. Zamknęłam oczy i już miałam skoczyć, gdy nagle mnie olśniło. Nie zobaczę już zachodów i wschodów Słońca. Nie zobaczę czarnego kota, którego nazwałam Jupik. Którego widziałam codziennie koło mojego płotu. Którego kochałam jak nikt inny. Nie poczuje zapachu powietrza po deszczu. Nie przeczytam już nigdy więcej książek. A moją najgorszą obawą było to...że nie zobaczę mojego taty.
Otworzyłam szybko oczy czując jak moje oczy zaczęły piec. To oznaczało, że zaraz wybuchnę płaczem przy cioci i mamie. A tego bym nie chciała.
- Muszę iść do pokoju, odrobić lekcje i no wiecie- próbowałam jakoś wymknąć się z kuchni. Znając moje szczęście pewnie chciałyby bym się do nich dosiadła i porozmawiała.
- Dobrze, oczywiście- powiedziała moja mama i zwróciła się do cioci
Pobiegłam do pokoju i pierwsze co zrobiłam to weszłam do łazienki. Obmyłam moją twarz zimną wodą i wytarłam ją białym ręcznikiem. Spojrzała na siebie w lustrze i mój ''dobry'' humor zniknął na dobre. Spoglądając na zababrane długopisami, ołówkami, podręcznikami i pustymi lub zgniecionymi kawałkami papieru biurko odechciało mi się cokolwiek robić. No, ale siła wyższa. Odsunęłam niektóre rzeczy robiąc sobie tym trochę miejsca i usadowiłam się wygodnie na krześle, które było tak wygodne, że aż kręgosłup mnie zabolał.
Minęła godzina, a ja znudzona tym wszystkim leżałam na łóżku słuchając muzyki z mojego radio. Moja głowa zwisała z miejsca gdzie powinno się spać i śpiewałam razem z piosenkarzem.

,, When you turn off the lights
   I get stars in my eyes
   Is this love? maybe someday
   So don't turn on the lights
   I'll give you what you like''

Była dopiero siedemnasta, więc nie chciałam jeszcze kłaść się spać. Pomyślałam, że dobrze by było wyjść jeszcze gdzieś na miasto. Spojrzałam w stronę okna. Na dworze było mokro od deszczu, jednak nie padało. To dobry znak. Zeszłam na dół nie sprawdzając czy ciocia jeszcze jest. Założyłam brązową kurtkę i wyszłam z domu na ulice, gdzie mogę spokojnie myśleć.
Przemieszczając się przez miasto, las i różne tego typu rzeczy zauważyłam, że jest lepiej. Nie gorzej, lepiej. Nie boję się wychodzić na zewnątrz. Mniej rzeczy się boje. Tak mi się tylko zdawało. Gdy skręciłam w prawo zobaczyłam grupkę jakiś umięśnionych chłopaków. Byli poubierani w czarne kurtki przeciwdeszczowe i przechadzali się po różnych miejscach. Nieświadomie zatrzymałam się i zeszłam z roweru. Coś czuje, że nie będzie dobrze. Postanowiłam więc iść na nogach prowadzając pojazd obok siebie. Chciałam przejść koło nich niezauważalnie jak Harry Potter w dziale ksiąg zakazanych w swojej pelerynie niewidce. Jednak nie udało mi się.
- Zobaczcie kogo tu mamy- odezwał się John. Poznałam po głosie. Tylko on ma taką próżniacką barwę.
- Wal się- odpowiedziałam idąc przed siebie. Niech on da sobie spokój.
- Uuu niegrzeczna... Myślisz, że wszystko możesz, bo spotykasz się z gangsterem?- spytał. Wraz ze swoimi kolegami zatoczyli koło wokół mnie, więc nie mogłam przejść.
- Puśćcie mnie- powiedziałam niespokojnym głosem. Moje usta drżały ze strachu.
- Taka biedna Odetta. Powiedz, nocami zamieniasz się w łabędzia?- zaśmiał się gdy ja  próbowałam przecisnąć się przez blokadę zrobioną z debili i faszystów.
- Puść cie mnie do cholery!- krzyknęłam zestresowana uderzając jednego chłopaka małymi piąstkami w jego klatkę piersiową. On się tylko zaśmiał i odwrócił mnie w stronę Johna.
- A gdzie on w ogóle jest? Ten głupi, cyniczny, idiota?- rozmawiał John. Mówi o Louisie. On nie jest cyniczny! No, ale z idiotą i głupkiem to się zgodzę, lecz i tak nie ma prawa  go tak nazywać. Tylko ja mogę.
- Skoro ty powiedziałeś to, ja mogę spokojnie wyzwać cię od damskiego boksera!- powiedziałam donośnym i pewnym siebie głosem. Jednak w środku czułam strach. Taki, że aż  moje narządy same z siebie się zaciskały.
John tylko się zaśmiał.
- Dla Caty zrobię wszystko. Mogę Cię nawet zabić- prychnął, a moje nogi się pode mną ugięły. Na  twarzy wymalował się strach i przerażenie. No, ale pomyślmy logicznie. Nie byłoby jakichś poważnych strat.
- Patrz!- kazał mi się rozejrzeć- Widzisz tu gdzieś swojego chłoptasia? Przypatrz się... Widzisz go?
Nie odpowiedziałam. Dobrze wiedziałam, że go tu nie ma. Nie mógłby się tu nagle pojawić. To byłoby niemożliwe. Wręcz niedorzeczne. Takie coś dzieje się tylko w filmach. A jak już jestem przy tym. Oglądałam film, na którym rozebrali dziewczynę w klasie i nagrali do tego filmik. Okropieństwo. I pomyśleć, że miałam od niej lepiej. O wiele lepiej
- Widzisz go?!- krzyknął poddenerwowany
- Nie!- również krzyknęłam. Skrzyżowałam swoje ręce i próbowałam znaleźć plan by stąd uciec. Ale, jak? Kolejna rzecz, która jest niemożliwa. No po prostu świetnie, genialnie!- Co ja ci zrobiłam?- spytałam rozkładając ręce
- Ból policzka przez miesiąc- spojrzał na mnie okropnym wzrokiem. Takim, którego nienawidzę. Po moim ciele przeszła gęsia skórka.
- To nie ja ci zrobiłam.
- No, ale ktoś musi ponieść za to konsekwencje- odparł niewzruszony.
- Dlaczego nie pójdziesz z tym do Louisa? Wymiękasz? Czy może się boisz?- syknęłam. Jeden z jego kolegów się zaśmiał, ale po chwili przestał gdy zorientował się, że jest cicho, a John mierzy go wzrokiem.
John rozszerzył swoje nozdrza i podszedł do mnie uderzając mnie z całą siłą w policzek. Upadłam na mokrą ziemię i złapałam się za piekący policzek. Spojrzałam na niego zaskoczona. Mówił serio z tymi konsekwencjami. Jak tak można?! Próbowałam wstać z ziemi, a gdy w końcu mi się udało wymierzył swoją pięścią w mój brzuch. Nie potrafiłam się odezwać. To tak cholernie bolało. Skuliłam się leżąc ponownie na zimnej i wilgotnej ziemi. Z moich oczu wypływały łzy, a brzuch napajał niemiłosiernie bólem. Moje włosy były teraz przesiąknięte wodą z deszczu.
- John daj sobie spokój- odezwał się chłopak, którego biłam by mnie przepuścił- Ona mu wszystko powie.
- Nic nie powie.-  Był pewny swoich słów. Jednak żeby być bardziej pewnym schylił się w moją stronę. Odsunęłam twarz- Prawda?- Szarpnął za moje włosy, a ja wydałam z siebie krótki krzyk. Najgorsze co może być. - Nic nie wyszczekasz?!
Przekręciłam z przerażenia głową.
- Ej!- krzyknął dziewczęcy głos- Zostawcie ją do cholery!
John i reszta chłopaków obejrzała się za nią. Była to Olivia z ,,grona porypanych dziewczynek''. Tak nazwała ich paczkę Percia.
- A ciebie co opętało?- spytał patrząc na nią jak na świruskę
- Nie możesz tak! W głowie ci się przewróciło?!
- Odejdź, bo tobie też stanie się krzywda.- Odepchnął ją lekko
- Powinieneś się leczyć! Zostaw ją!
Ja dalej leżałam na ziemi. Nie mogłam się poruszyć, bo od razu w moim brzuchu wierciło się jakby, ktoś robił remont w domu i przewiercał miejsce na lampkę. Moje korzenne włosy były zmierzwione i opadały na każde miejsce gdzie tylko dosięgały.
John wyrazie zirytowany popchnął Olivię, a ta upadła na miejsce gdzie ja. Witaj, nazywam się Odetta, a to nasze miejsce spotkań. Że też trzymają się mnie żarty w takich momentach.
- Wypieprzaj stąd, nie słyszałaś?! Albo pójdziesz, albo użyje do tego siły. Wybieraj.
Dziewczyna wstała i spojrzała na mnie. Jej wzrok mówił tylko jedno.
,,Przepraszam''.
Odeszła zostawiając mnie samą. Ostatkiem sił, które w sobie miałam powoli podnosiłam się. Chłopak to zauważył i złapał mnie za koszulkę tak jak wtedy przed szkołą. Tylko jest jeden problem. Tutaj nie ma świadków, ani Louisa. Jestem skończona. Z uśmiechem na twarzy rzucił mnie na ziemie. Moje palce jak i łokieć obdarły się do krwi, a głowa zaliczyła od betonu. Zasłoniłam się trochę ręką, ale to nie pomogło. Uderzyłam moje udo, z którym zawsze miałam problem. Bolało gorzej niż od dostania w brzuch. Moje oczy jak i wokół nich były czerwone. Krew lała mi się z kolana. Czyli moje spodnie są potargane. Jednak nie zrobiło to na mnie wrażenia ponieważ miałam je setki w szafie. Poczułam jak moje ramię zaczyna boleć, jakbym coś sobie w nie wbiła i nie myliłam się. Grube, lecz nieduże szkło wbiło się w moją skórę powodując urywany ból.
- Jeśli mu coś powiesz, będzie gorzej- odezwał się John.
I odszedł z nimi zostawiając mnie samą na ulicy. To było potworne. Spojrzałam jeszcze raz na ramię i brudną, obdartą ręką wyciągnęłam z niego przezroczyste szkło. Wessałam powietrze, by po chwili wybuchnąć płaczem. Nie potrafiłam wstać. Wszystko mnie bolało i nie czułam swoich nóg. Miejsce wokół rozdartego kawałka spodni było przesiąknięte krwią.
Przez całe piętnaście minut leżałam. Nie ruszałam się. Nawet sama myślałam, że nie żyje. Jednak wstałam sprawiając sobie jeszcze gorszy dyskomfort. Nie wiem jak dojdę do domu. Nie robiąc sobie wielkiej nadzieli sunęłam do domu zostawiając moją godność i dumę na pastwę losu.
Gdy dotarłam do domu otworzyłam jedną ręką drzwi i nie czułam już zapachu perfum cioci Spencer. Wyszła. Może i dobrze. Mama siedziała na kanapie i nie odwróciła się. Była zbyt pochłonięta hiszpańską telenowelą. Powiedziałam tylko, że jestem i poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam się w łazience i zsunęłam się po ścianie. Ból był tak niemiłosierny, że łzy same leciały jakby mi to miało pomóc. Zaczęłam ryczeć. Tak bardzo  bolało. Z moje ramienia sączyła się krew. Głupia, nie pomyślałam o tym, by z tym poczekać. Było mi słabo, bo straciłam dużo krwi. Ale nie robiłam nic by z tym coś zrobić. Siedziałam i czekałam. Czekałam aż przestanie szczypać, piec. Najgorsze było to, że nie przestawało, a moja głowa rozsadzała się od płaczu. On naprawdę był do tego zdolny? On to zrobił czy ja tylko śnię? Może moja podświadomość robi ze mnie głupią? A może jedno i drugie? Wyprostowałam moje nogi, albo same się wyprostowały nie wiem.
Usłyszałam walenie do drzwi. Pewnie to mama. Teraz sobie przypomniała, że do domu przyszłam. Pewnie serial się skończył.
- Zaraz wyjdę- powiedziałam umarłym, zachrypniętym głosem. Właśnie się wydałam, że coś się stało. Wydałam się, że płaczę.
Złapałam się wanny, ale nie dane było mi wstać. Poczułam drgnięcie, uszczypnięcie w udzie. Upadłam na podłogę jakbym została porażona prądem. No okej. Z ramieniem i z nogą porządku, bo już nie wylatuje krew, jednak udo je zastąpiło. Mój ból tak szybko nie minie jak mi się wydawało. Ponowiłam próbę tym razem nie dałam za wygraną. Z wanny przeniosłam się na umywalkę. Do drzwi zaczęła pukać jeszcze natrętniej. Przestań, kobieto! Boli mnie głowa.
Nagle drzwi się otworzyły. Myślałam, że je zamknęłam, jednak się myliłam, jak w wielu sprawach. Myślałam, że to moja matka lecz moim oczom okazał się Louis. Zamarłam. Albo wariuje, albo usnęłam. Nie. On miał się nie dowiedzieć. Będzie chciał wyjaśnień. Będzie chciał wiedzieć prawdę. Ja nie mogę mu powiedzieć. Spojrzałam na niego wystraszonym wzrokiem. Dlaczego teraz przyszedł? Dlaczego nie mógł później? Na przykład tydzień później. Czemu teraz?! Wpatrywał się we mnie jak na poranioną. Zaraz...
Jego pierwsze słowa nie były łagodne. I wcale nie spytał się mnie co mi się stało, albo jak się czuje. Powiedział zupełnie coś innego.
- Kto Ci to zrobił?!- spytał wystraszonym, a zarazem czułym głosem.




____________________________________________________________
Heeeeeeeeej!
Przepraszam! Miałam dać wam rozdział wcześniej, ale pojechałam jeszcze nad morze, a tam w hotelu nie było wifi -_-
Dzisiaj przyjechałam, więc dzisiaj go dodaje.
I tak myślę, że jesteście wspaniali.
Jak byłam jeszcze u babci to ciągle denerwowałam Aśkę słowami:
,, A ja mam super czytelników, a ty nie!''
I wiecie zazdrość. 
A WY I TAK NIE WIECIE NAJLEPSZEGO
Miałam sen. A w tym śnie miałam Josha (perkusista 1D)
i się z nim całowałam
asdfadasdfada
A Aśka zazdrościła. 
Za błędy przepraszam jak zwykle i teraz to (hyh)
20 komentarzy= następny rozdział
Może to nie jest ff na skale Darka czy może Aftera
ale przecież 20 kom. to nie dużo, prawda?
To się z wami żegnam i zapraszam nara twittera. ( założyłam go niespełna miesiąc temu) Jak chcecie to zaobserwujcie :>

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 13 ,,Pierwszą i ostatnią''

Dzisiaj sobota. Tak przynajmniej mi się wydaje. Zwlekłam się z łóżka ostatkiem sił, które w sobie miałam. Całe szczęście nie muszę dzisiaj iść do szkoły, bo przecież nie wstałabym. Wzięłam pierwsze lepsze ciuchy, w tym przypadku krótkie spodenki i czerwoną bluzkę z pacyfką. Na dworze był skwar i pewnie ugotowałabym się w długich, czarnych spodniach, które zazwyczaj nosze. Moja szafa wywala się od nadmiaru tych spodni, ale innych po prostu nie ścierpię. Ładna pogoda miło mnie zaskoczyła. Biorąc pod uwagę fakt, że jest koniec marca i wcale się nie zapowiada na pochmurny dzień to jest dobrze. Związałam włosy w koński ogon i zrobiłam lekki makijaż. Czyli nałożyłam tusz do rzęs i trochę poprawiłam brwi. Umyłam zęby, popsikałam się perfumami i poprawiłam moją kremową pościel. Wyszłam z mojej prywatnej jaskini i zeszłam na dół do kuchni, gdzie moja mama już była i szykowała coś do jedzenia.
Zaraz co?
Spojrzałam w jej stronę ze zmarszczonymi brwiami i podeszłam do niej. Zwykle jej nie ma o tej porze, bo albo była w pracy albo była tam gdzie nie powinna być. U  obcych w łóżku albo w barze. A teraz widzę ją uśmiechniętą, schludnie ubraną i gotującą coś do jedzenia.
- Nareszcie wstałaś-odezwała się pierwsza z uśmiechem od ucha do ucha- Chyba nie odwiózł Cię o dwudziestej trzeciej, co?- pomachała zabawnie nożem
- Nie wiem- odparłam- Znaczy eem...Nie jesteś w pracy?- zamknęłam szybko tamten temat i zasłoniłam nowym
- Och nie. Zwolniłam się.
- Co?!- wydęłam  oczy i patrzyłam na nią jak na jakiegoś człowieka bez rozumu. Ale ona ma rozum...prawda?
- Znajdę nową- ustatkowała moje myśli- Tamta kosztowała mnie naprawdę dużo sił. Przychodziłam zmęczona i nie miałam jak spędzać z tobą czasu. Ale jak będziesz spać do tej godziny to na pewno nie spędzimy ze sobą żadnego czasu- uśmiech znów zawitał na jej twarzy
- A która jest?- szukałam wzrokiem zegarka, ale go nie znalazłam
- Może spytasz się swojego chłopaka?- zażartowała.
- On nie jest moim...- No właśnie. Jest czy nie jest? Nic nie ustalaliśmy, a ja znam go tylko miesiąc. Poza tym nie robiliśmy nic co by świadczyło o tym, że jesteśmy parą. Oprócz spędzania ze sobą czasu oraz poca..., dobra nieważne.
Z mojej niedokończonej wypowiedzi uratował mnie telefon stacjonarny, który zadzwonił w odpowiednim dla mnie momencie. Mama wszystko odłożyła i poleciała do telefonu, a ja korzystając z okazji założyłam swoje czerwone trampki i pomaszerowałam do swojego pokoju po telefon, by sprawdzić, która jest godzina.
Trzynasta trzydzieści... CO?! Zawsze wstawałam przed dziesiątą a teraz? Może gdybym nie smsowała do trzeciej w nocy z Lou to możliwe, że wstałabym o odpowiedniej godzinie. Wzięłam swoją czarną torbę i włożyłam do niej telefon i resztę niepotrzebnych mi rzeczy. Umówiłam się z Pers o trzynastej czterdzieści pięć nad jeziorem. Jeśli się spóźnię pomyśli, że mam ją gdzieś, a tak wcale nie jest. Bardzo ją szanuje zważywszy na to, że jako jedyna odezwała się do mnie jako miła dziewczyna, bez żadnych złośliwych uwag. Z czasem jednak obelgi i kpiny zniknęły. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, co mi bardzo odpowiada. Jedynie tylko Sandy z resztą jej różowych króliczków patrzy na mnie złowrogo jakby chciała mnie zabić. Po sytuacji z wodą znienawidziła mnie do reszty. Nie chcę by się ze mną przyjaźniła, (chyba na mózg bym padła) ale mogłaby dać sobie już spokój.
Zbiegłam ze schodów i już miałam wychodzić gdy zawołała mnie mama.
- Nie zjesz?
- Dzięki, nie jestem głodna- otworzyłam drzwi
- Ale... później będziesz- próbowała mnie namówić
- Nie chce mi się jeść- odpowiedziałam oschle
Spojrzała na mnie ze smutkiem i żalem. ,,Nie mamo, nie rób tego''-pomyślałam. Przytaknęła tylko głową. Nie mogłam znieść myśli, że sprawiłam, że jest smutna. Nie interesowała się mną  przez ten długi okres, to fakt, ale nie mogę być dla niej taka sama. Wolnym krokiem podeszłam do lady i wzięłam do ręki jedną z kanapek, które przyszykowała. Uśmiechnęłam się do niej niepewnie i wyszłam z domu. Zaczęłam biec by zdążyć przed Pers, ale sprawiało mi to nie lada trudności biorąc pod uwagę, że w jednej ręce miałam jedzenie, a drugą trzymałam torbę by się nie ruszała. Gdy w końcu dotarłam nad jezioro Pers już tam była. Siedziała po turecku na zielonej trawie i słuchała na słuchawkach muzyki. Podeszłam do niej od tyłu niczym szara myszka i dotknęłam jej ramion. Percia podskoczyła a z jej uszu wypadły nieszczęsne słuchawki.
- Głupia- zaśmiała się chowając sprzęt do kieszeni- Iii... Opowiadaj!- podskoczyła  podekscytowana
Usiadłam obok niej a torbę położyłam obok siebie.
- Ale co?-udawałam głupią
- No, jak tam randka?- zaakcentowała ostatnie słowo. To była randka, czy tylko spotkanie? Nie zastanawiałam się nad tym. Nie przyszło mi do głowy, że to może być randka. Myślałam raczej o tym co mam na siebie włożyć. Randka z Louis'm brzmi świetnie. Jedno mnie tylko ciekawi. Jak mogłam ot tak o wszystkim zapomnieć? O jego złym spojrzeniu, o jego nadpobudliwości, albo o jego pracy, która nie oszukujmy się, nie jest wspaniała.
- Co ty tu masz?- spytała zauważając malinkę na mojej szyi zanim zdążyłam ją zasłonić moimi włosami. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na mnie- O ja cie. Musiało być gorąco!
- Wcale nie było gorąco.- prychnęłam, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że jednak było. Było i musiałam wtedy stamtąd wyjść.
- Deta, ten koleś jest nieprzewidywalny! Jeśli Cię zaciągnął do łóżka to...
- Nie zaciągnął mnie do łóżka!- powiedziałam i od razu zaczęłam się z niej śmiać. Aż taka głupia bym nie była. Nie jestem jak Sandy. Podejrzewam, że oddała by mu się już w pierwszy dzień. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym.
- I tylko tyle? Nie więcej się nie działo?
- Szczerze, to nie...-odpowiedziałam zastanawiając się chwilę  
- Twoja mama tego nie zauważyła?
- Nie musisz tylko zadawać pytań, wiesz?- zaśmiałam się
- Ale ja muszę. Nic nie mówisz, a ja chcę wiedzieć.
- Znając ciebie to chciałabyś usłyszeć wersję ,,Byłam z nim na imprezie, opiłam się, on też i poszliśmy do łóżka'', prawda?- sprostowałam jej tok myślenia
- Hmm...Wszystko się zgadza oprócz przedostatniego.- uśmiechnęła się
Machnęłam na to ręką i położyłam głowę na trawie. Spojrzałam w błękitne niebo, które pokrywało trochę białych, pierzastych chmur. Gdyby tak się stało jak mówi Perc pewnie bym tego żałowała. A ja nie chcę tego żałować. Chcę zapamiętać te chwile do końca swojego życia. Czy to będzie Louis czy jakiś inny chłopak. Chcę by to było coś.
Nie.
Nie!
O czym ja myślę?!
Nie będzie żadnego Lou ani niczego. Będę żyć z kotem w małym mieszkaniu w Londynie. Tak, to moje marzenie. . To mój cel do którego dążę. Szkoda tylko, że nikt mnie nie uprzedził, że poznam chłopaka o imieniu Louis, a on -jak to zawsze w opowiadaniach bywa- zmieni moje postanowienia i plany co do dalszego życia. To nie fair. To jest ultra nie fair.
Zanim się obejrzałam, Persia zanurzyła swoje nogi w lodowatej wodzie. Czy ona jest normalna?! Jeszcze kwiecień się nie zaczął, więc wcale nie jest tak ciepło jak w domu mi się wydawało. Myśląc o skwarze przypomniały mi się wakacje, które za niedługo się zaczną. Nareszcie! Chcę skończyć te szkołę i nie pojawiać się tutaj nigdy w życiu. Moje dotychczasowe życie zmieniło się o sto dziewięćdziesiąt stopni, a ja nad tym ubolewam. Mogłam nie wychodzić tego feralnego dnia. Mogłam się nie cofać. Mogłam się nie odzywać! Ale kto wie, co by mi zrobił. Wykorzystał moje usta, a jego ''zazdrość'' była dziwna. Kto by był zazdrosny o mnie? I stał się w ogóle zazdrosny w tak krótkim czasie.
- Zostaniesz u mnie na noc?- Z rozmyśleń oderwała mnie Persia- Nie narzucam się tylko no...
- Okej nie ma sprawy- przerwałam jej widząc jak się zawstydziła. To nie jest nic wielkiego. Sama mam taką cechę i nic z tym już nie zrobię. - A jak z Danny'm?- odezwałam się po krótkiej ciszy
- Jest świetnie. Nie myślałam, że znajdę tu chłopaka w przeciągu dziesięciu dni, a tu proszę. Wstał i się pojawił.- zaśmiała się- A no właśnie...Jak poznałaś Louis'ego? On nie uczy się w naszej szkole. Już w ogóle się chyba nie uczy.
Zamarłam na chwilę. Nie wiedziałam co mam jej powiedzieć. Skłamać czy powiedzieć prawdę? Trudny wybór, ale jak ja mam jej to wytłumaczyć?
- Umm...Poznaliśmy się w parku- wydukałam powoli. Powiedziałam prawdę, ale nie całą. A to raczej nie jest kłamstwo, nie?
- Oo. Romantycznie.
- Bardzo- powiedziałam sarkastycznym tonem
Zostałyśmy tam jeszcze przez dwie godziny, a potem pochodziłyśmy trochę po mieście. Pogoda była wspaniała to mogłyśmy sobie na to pozwolić. Persia cały czas się wygłupiała przez co ludzie patrzyli się na nią jak na wariatkę, ale nie przeszkadzało to jej. Zresztą mi również. Przez nią moje życie nabrało blasku i przynajmniej nie staczam się na samo dno jak wcześniej. Blondynka weszła na chwilę do sklepu, a ja zostałam przed nim i delektowałam się słońcem, które pieściło moje ciało swoimi ciepłymi promieniami.
- Gdzie masz puszkę?- odezwał się kobiecy głos.
Otworzyłam oczy, a przede mną stała Sandy z Caty po lewej i Olivią po prawej. Zignorowałam je spoglądając na piękne niebo.
- Widziałam Cię wczoraj na imprezie. Mama o tym wie?- spytała z pogardą.
- Wie. A twoja?- uśmiechnęłam się cwaniacko. Nie raz słyszałam jak wymykała się z domu, gdy miała szlaban. Skoro widziała mnie na imprezie to pewnie też tam była.
Już miała coś powiedzieć gdy ze sklepu wyszła Persia z wodą. Zmarszczyła złowrogo brwi widząc Sandy. Byłam pewna, że chciała obić jej ''piękną'' twarzyczkę. Podeszła do mnie, a ja kiwnęłam głową w stronę ścieżki, która była naszym celem dopóki one nam nie przeszkodziły. Zignorowałam je ponownie idąc prosto a Pers obok mnie.
- Louis był przez ten cały czas ze mną!- krzyknęła gdy byłyśmy już w połowie drogi.
Wzięłam głęboki oddech. Co? To niemożliwe, przecież on... To dlatego nie było go obok mnie? Musiała być z Lou skoro wiedziała, że przyszłam tam z nim. Umówił się ze mną, a czas spędzał z nią? Z moim wrogiem? Ale jak...
- O co chodzi?- spytała niczego nieświadoma Pers
- O nic. Nieważne.- zbyłam temat kierując się do parku. Do parku, w którym go poznałam. Dlaczego ja tego żałuje? Powinnam się cieszyć, że ktoś zwrócił na mnie uwagę. Ale nie oszukujmy się. Gdybym go nie poznała to wróciłabym do domu, poszła spać, a na drugi dzień John by mnie zabił lub pobił do nieprzytomności. Nie dowiedziałabym się, że mam problemy zdrowotne, które z każdym dniem maleją ponieważ biorę leki od Lou. Ych... Moje życie byłoby skończone, jednak...Jednak żałuje. Gdybym go nie poznała byłoby tak jak dawniej i to mi by odpowiadało. Mama MOŻE by się zmieniła, chyba, że byłoby tak samo, to nie, nawet to mnie nie przekona. Przeżyłam z tym długie dwanaście lat to i wytrzymałabym teraz.
Usiadłam na  ławce i wspomnienia wróciły. Przecież Louis jest zły. On nie jest dobry. On... On mnie kurde zmienił. Zmienił na dobre albo nie. To już daje do ocenienia innym ludziom. Posiedziałyśmy tam trzydzieści minut rozmawiając o wszystkim i o niczym. Pożegnałam się z nią i poszłam do domu przygotować najważniejsze rzeczy. Przecież nie będę myć zębów szczoteczką jej ojca, nie?
Weszłam do domu i tak jak się spodziewałam mamy nie było. Zostawiła karteczkę na blacie. Wzięłam je w swoje ręce.
,,Jestem u cioci Spencer. Wrócę za niedługo :)''
Chociaż tyle. Ciocia Spencer jest moją bratnią duszą i gdy mamy nie było to chodziłam do niej na gorącą czekoladę i oglądałyśmy ,,Szkołę uczuć''. Jest o rok młodsza od mojej mamy czyli ma jakieś trzydzieści dziewięć lat. Ma krótkie, krucze włosy i usta zawsze pomalowane krwistą, czerwoną szminką.
Weszłam do pokoju, zabrałam potrzebne rzeczy i weszłam do łazienki. Nałożyłam dużą dawkę podkładu na palec i rozsmarowałam go po całej malince by ją zakryć. Trochę mi się udało jednak użyłam trochę pudru i było już lepiej. Z daleka wcale nie było tego widać. Weszłam z powrotem do pokoju i spojrzałam w lustro. Przekręciłam głowę w bok uśmiechając się po prawej stronie policzka. Moje korzenne oczy wpatrywały się w dziewczynę, która nie była sobą. Tamta nie miała uśmiechu na ustach, jej oczy się nie były wesołe i nie była szczęśliwa. Gdy poznałam Pers moje nudne życie zmieniło się do szpiku kości. Został jeszcze Louis. Ale o nim może nie będę wspominać. Już dość się o nim namyślałam przez cały dzień.
- Gdyby tata tu był...-powiedziałam dotykając swojego policzka w lustrzanym odbiciu
W pomieszczeniu rozległ się dzwonek do drzwi. Skierowałam głowę na przedpokój i szybko zbiegłam po schodach razem z torbą myśląc, że Persia po mnie przyszła. Otworzyłam drzwi a w nich stał nie kto inny jak Louis. Dzięki Ci moja ironio losu. Miał na sobie czarną koszulkę i tego samego koloru spodnie. Jego włosy były jak zwykle idealnie wystylizowane. Uśmiechnął się w moją stronę, a ja przekręciłam oczami. Bardziej rozszerzyłam drzwi by mógł wejść. Machnęłam od niechcenia ręką i zamknęłam mahoniowe drzwi gdy był już w środku.
- Śpieszę się- oznajmiłam bez żadnych oznak śmiechu lub żartu. Byłam bardzo poważna.
- Wszystko okej?- spytał widząc moją minę oraz zachowanie. Nie chcę cię widzieć, to wystarczy?
- Po co przyszedłeś?- zbyłam tamto pytanie zastępując je drugim.
- Wstydzisz się?- spytał kolejny raz wskazując na zakrytą malinkę. Skąd on... No tak, przecież sam ją robił w tym miejscu. Zakryłam to na wszelki wypadek.
- Nie, nie wstydzę. Po co przyszedłeś?- zapytałam jeszcze raz.
- Chciałem Cię zobaczyć.
Parsknęłam śmiechem.
- Chyba pomyliłeś adresy. Sandy mieszka gdzieś indziej- odparłam wychodząc z mieszkania. Wyszedł za mną, a ja zakluczyłam drzwi
- Wybacz, ale nie rozumiem.
- Wybacz, ale nie mam zamiaru Ci tłumaczyć- powiedziałam oschle
- Jeśli mi nie wytłumaczysz nie będę wiedział o co Ci chodzi- stwierdził idąc za mną
- Następnym razem gdy mnie gdzieś zaprosisz to powiedz od razu, że będzie osoba trzecia!- powiedziałam donośnym, lecz nie za głośnym tonem- W tym przypadku Sandy.
Zmarszczył brwi nie wiedząc o co chodzi. Jest naprawdę niezłym aktorem.
- Jakby co, Sandy zawsze jest chętna na twoje towarzystwo- Kierowałam się chodnikiem ze skrzyżowanymi rękami
- Nie było żadnej Sandy, poza tym nie zostawiłem Cię tam na długo.
- Godzina?!- odwróciłam się w jego stronę z prędkością światła- Godzina to nie jest długo? Jak widać straciłeś rachubę czasu gdy patrzyłeś w jej piękne oczy- zakpiłam
- Nie rozmawiałem z żadną Sandy- westchnął- Wow, nasza pierwsza kłótnia.
- To nie jest pierwsza kłótnia. Pierwsza była gdy Cię poznałam, tylko bałam się otworzyć usta!
- A teraz się nie boisz?
- Nie, nie boje się. I teraz mam Cię...
Nie dokończyłam swojej wypowiedzi gdyż złączył nasze wargi. Zrobił to tak szybko, że nie wiedziałam jak mam zareagować. Dopiero po pięciu sekundach odepchnęłam go od siebie, a on spojrzał na mnie zdezorientowany. Tak chce mnie uciszyć? Przeliczył się.
- Serdecznie dość!- dokończyłam swoją wcześniejszą wypowiedź- Taki masz sposób na dziewczyny? Ze mną Ci się nie uda- syknęłam idąc dalej przed siebie.
Zaskoczony moją postawą stał i patrzył się na mnie. Tak, to trochę dziwne z mojej strony. Nigdy tak nie wybuchałam, a tu proszę. Och, to wszystko przez niego! Starałam się nie zwracać zbytnio uwagi na jego osobę tylko szłam tam gdzie był mój kierunek. Była siedemnasta dziesięć, a miałam być u niej o osiemnastej. Mając tyle czasu usiadłam na t e j ławce. Gdy płakałam przez codzienne problemy. To miejsce gdzie się przewróciłam, a on mnie podniósł. Chciał mnie zabić, ale to tylko mały szczególik. Schowałam głowę w kolana i uleciała pierwsza łza. Dlaczego ja go poznałam?! Wszystko byłoby dobrze gdybym go nie znała. Tak, jest przystojny. Tak, pociąga mnie cholernie. Jest inny niż wszyscy. Dlaczego to musi być takie trudne? Druga łza, trzecia i czwarta. Poczułam jak ktoś się do mnie dosiada. Spojrzałam kątem oka i zobaczyłam kogoś ręce. Jego ręce.
- Wszystko dobrze?- spytał z troską w głosie łącząc swoje dłonie w koszyczek.
- Idź sobie- rzekłam pociągając nosem dalej trzymając nogi w kolanach
- Nawet jeśli by mnie siłą chcieli zaciągnąć, nie odejdę.
- Jestem na ciebie zła- załkałam zacieśniając się w swojej ''kryjówce''
- Zauważyłem.
- To dobrze. Teraz możesz sobie iść- odsunęłam się bardziej od niego
- Odetta...
- Deta- poprawiłam go
- Deta, posłuchaj...
- Idź!- rozkazałam
Westchnął poirytowany i kucnął przede mną. Czułam jego wzrok na sobie, jednak nie odważyłam się na niego spojrzeć. Nie chciałam.
- Nie rozmawiałem z Sandy ani nie zwróciłem na nią uwagi. Nie chciałem, nie chce i nie chciałbym. Rozumiesz?
Odchyliłam lekko głowę niczym kot, który dopiero się oswaja. Skoro tak twierdzi to dlaczego Sandy mówi inaczej? Jak wiedziała, że on tam jest, to na pewno z nim rozmawiała. Głupia, kruczowłosa idiotka.
- Ale ona mówiła...
- Dlaczego słuchasz jakiejś dziewczyny, która Cię nawet nie lubi?
- Nikt mnie nie lubi- stwierdziłam. Mówiłam prawdę.
Uśmiechnął się blado i założył kosmyk moich włosów za ucho. Gest sprawił, że moje policzki same się zaczerwieniły jak te auta co same parkują.
- Ja cię lubię.- powiedział. - Nie powinnaś płakać przez takie coś- zauważył moje czerwone i podpuchnięte  oczy. Ale ja przecież nie płakałam dużo. Może troszkę.
- A przez co powinnam płakać?-spytałam podnosząc do góry głowę na wysokość Lou.
- Jak mnie długo nie widzisz- zażartował
Parsknęłam śmiechem i przetarłam swoje czerwone policzki od łez.
- Chcesz mi powiedzieć, że mam za tobą bardzo tęsknić?
- Bardzo.- Patrzył w moje oczy
- Bardzo, bardzo?- słodko się uśmiechnęłam. Złapał mnie za dłonie i podciągnął do góry bym stanęła na nogi.
- Nie wyobrażasz sobie jak bardzo.
Znowu mnie ujarzmił. Niech no. W jednym dniu mogę być na niego zła, a potem o wszystkim zapominać jak za pomocą czarodziejskiej różdżki.
- Jesteś zajęta?- spytał gdy złapałam równowagę i szliśmy w tym samym kierunku
- Umm...- spojrzałam na zegarek w telefonie- Mam jeszcze trzydzieści pięć minut.
- W takim razie co chcesz robić?- spytał podnosząc do góry ręce.
Rozejrzałam się dookoła parku, który był OGROMNY i zauważyłam mały stawiczek, a w niej malutkie i kolorowe rybki. Gdy są w wodzie to jest okej, gorzej gdy wyskoczą. Boje się ryb tak pół na pół. Obok niego stała budka z jedzeniem dla nich. Nie było akurat żadnych ludzi, ponieważ wszyscy wyjechali gdzieś na weekend, więc mogłam spokojnie i bezstresowo je nakarmić. Szczerze, kiepski pomysł na biznes. Ale ja się na to nabrałam.
- Chodź.- Złapałam Lou za rękę i pociągnęłam do budki. Kupił mi jedzenie dla rybek (chociaż sama mogłam je kupić, jednak on się uparł, a ja nie mogłam nic z tym zrobić) i usiadłam na rogu siłując się z plastikowym wieczkiem od pudełka.
- Pomóc Ci?- spytał Louis widząc, że nie przynosiło to żadnych rezultatów
- Dam sobie radę- rzekłam. Gdy w końcu to otworzyłam, połowa zawartości wysypała się, a ja zaskoczona cofnęłam się do tyłu.
Louis zaśmiał się z mojej niezdarności, jednak ja nie przejęłam się tym tylko wzięłam garść jedzenia i  rozrzucałam po całym stawie.  Uśmiech nie schodził mi z twarzy  gdy widziałam jak jadły jakby to była najważniejsza rzecz w tym momencie. Niektóre były czerwone albo pomarańczowe. Znalazły się też białe z jakąś czerwoną kropką. Louis siedział obok mnie z przyciągniętymi do siebie kolanami, a ręce miał przed sobą. Przypomniało mi się jak kiedyś w zimę mój wujek sprawdzał coś w ogrodzie. Również posiadał maleńki staw, a w nim duże i małe rybki. Było zimno, woda zamarzła i na jej powierzchni zrobił się lód. Wujek myślał, że lód jest gruby i wszedł na zamarznięty staw. Jednak stało się to co miało się stać. Wpadł do wody. Wszyscy śmiali się z biednego wujka, który siedział potem w domu owinięty kocem i kubkiem kakao obok.
 Zaśmiałam się pod nosem na to wspomnienie i spojrzałam na zegarek. Siedemnasta pięćdziesiąt. Pora się zbierać.
- Śmierdzi mi teraz ręka- stwierdziłam przybliżając lewą rękę do nosa- Fuj.
- Zamocz rękę w stawie- oznajmił Louis gdy się podniosłam. No tak, przecież to oczywiste.
- Ale może mnie...
- Nie ugryzą Cię- powiedział dokańczając moje zdanie
- A jeśli tak?- spytałam niepewnie
- Nie bój się- zaśmiał się. Wyszłam na idiotkę, która boi się ryb, chociaż je karmi. Mądrze Deta, mądrze.
- Nie przekonasz mnie- powiedziałam podchodząc do niego.
Objął mnie ramieniem i ponownie roześmiał się z mojej głupoty.
- Pierwszy raz spotykam dziewczynę, która boi się ryb.
- Pierwszą i ostatnią- uśmiechnęłam się zwycięsko
Odwzajemnił uśmiech i zbliżył swoje usta do moich. Próbował mnie pocałować, lecz ja położyłam na jego wargach palec wskazujący u prawej ręki
- Nie-e- zmarszczyłam nos, a on wywrócił zabawnie oczami.
- Zobaczymy się jeszcze?- przygryzł dolną wargę czekając na odpowiedź. Niech on tak nie robi.
- Zastanowię się- zaczęłam się droczyć. Oderwałam się z jego objęć i zgjęłam palce w geście pożegnania.- Możesz zadzwonić- zaproponowałam
- Jeśli będziesz mieć telefon.
Co?
Wyciągnął z niej moją komórkę. Co ona robi u niego w kieszeni?! Zmarszczyłam brwi patrząc na niego ze zdziwieniem.
- Wypadł Ci gdy chowałaś klucze.
Jeju, jaka ja jestem głupia. Walnęłam się w głowę i chciałam wziąć telefon kiedy on podniósł go do góry.
- Coś za coś- oznajmił patrząc prosto w moje oczy. Wiedziałam o co mu chodzi. Co za...
- W policzek- targowałam się
Zbliżyłam swoje usta do jego policzka i cmoknęłam go delikatnie. Zarumieniłam się i zadowolona odebrałam od niego telefon.
- Dziękuje- powiedziałam
- Więc wierzysz mi?- spytał podchodząc do mnie bliżej
- Wierzę- posłałam mu słaby, lecz zapewniający uśmiech
Odsunęłam się już do reszty i kierowałam się w strone domu Perci. Już nie żałuje. Chcę by tak pozostało jak jest.
_______________________________________



 No więc tak.
Dziękuje wam za miłe komentarze. Gdy je czytałam od razu poprawiał mi się humor. Jesteście najlepsi i tyle wam powiem :)
Przepraszam, że nie dodałam wcześniej rozdziału, ale wyjechałam do babci i nie miałam internetu. Siedzę teraz u cioci na podłodze, ale cii...
Pewnie uznacie mnie za wariatkę, świruskę i idiotkę, ale zawiesiłam bloga, bo zmarł mi kot.
Właściwie to ja go musiałam uśpić. Widziałam jak umiera i nie mogłam nic z tym zrobić. Bolało.
I teraz to na co czekacie
25 komentarzy= następny rozdział
Jeśli szybko się z tym uwiniemy, to zaraz dodam następny, bo chcę to nadrobić.
Piszę w notatniku. Mam już 4 rozdziały dalej i napisany plan wydarzeń do końca. Hyh :>
Szaleje :3
No to papaapapa.
Myślę, że zobaczymy się już niedługo :3
Dziękuje za wyrozumiałość :)
Za błędy przepraszam (standardowo)


czwartek, 3 lipca 2014

Ważna informacja!!!

Nie ma rozdziału przez dłuższy czas... I nie pojawi się jeszcze przez dłuższy okres .
Moje życie po prostu legło w gruzach i nie umiem sobie poradzić.
I na pewno sobie nie poradzę przez następne dni, tygodni albo miesiące.
Dlatego nie wiem kiedy się pojawi rozdział.
Przepraszam.